Congee z dzikiego ryżu

Zamiast owsianki, jaglanki i gryczanki mała odmiana – congee, długo gotowany ryż, wzmacniający zdrowie – z sokiem z jabłek i cynamonem!

Congee z dzikiego ryżu

Mało osób to wie, ale lato i upały to nie jest dobry czas dla naszych Nerek. Zwłaszcza czerwiec nie jest miesiącem przyjaznym dla Nerek. Tak to widzi TMC, a statystyki szpitali pokazują, że najwięcej operacji związanych z usuwaniem kamieni nerkowych odbywa się właśnie w czerwcu. Jeśli więc cokolwiek dzieje się z Waszymi Nerkami, to teraz dostaniecie tego sygnały (oby nie!). O Nerki trzeba dbać zawsze, to podstawowe żródło naszej życiowej energii. Nerki mają też związek z płodnością, seksualnością i dojrzewaniem.  Uważa się, że najlepszym lekarstwem dla Nerek jest mocne życie – odważne wychodzenie w świat, żeby realizować swoje marzenia. Dla mnie prawdziwym testem i szkołą życia były podróże, często samotne – moim zdaniem to właśnie podróże, a zwłaszcza dalekie, najlepiej wzmacniają umysł i charakter, a także dają przestrzeń potrzebną do zobaczenia naszych codziennych rzeczy z innej perspektywy. Jedna taka podróż może czasem zmienić całe życie :)

W taką właśnie podróż wybrałam się kiedyś w środku zimy do Rosji. Podróże po Rosji z Lamą Ole są organizowane co roku i są wysoko cenione w naszym środowisku. Zazwyczaj odbywają się w lutym. Tak więc na początku lutego wsiadłam w Gdyni do pociągu i w ten sposób rozpoczęła się moja wielka przygoda pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji. Punktem zbiorczym dla tego wyjazdu był Czelabińsk, tam wszyscy mieliśmy spotkać się z Lamą Ole, żeby potem wspólnie pojechać  pociągiem do Nowosybirska i na koniec do Krasnojarska. Odwiedziliśmy wtedy też Omsk, Samarę, Niżny Nowogród, Jekaterynburg oraz Petersburg i wróciliśmy przez Białystok do Warszawy. Była to prawdziwa podróż życia, której się nie zapomina – wszystko co mogło pójść nie tak, poszło nie tak :) Zaczęło się w pociągu jadącym z Gdyni do Pragi, wzięłam kuszetkę, które są zawsze koedukacyjne i byłam w niej sama z jakimś mężczyzną, który dziwnie się zachowywał, a do tego robił dwuznaczne uwagi, w zasadzie nie spałam przez całą noc. Od tamtej pory jeśli mam jechać pociągiem sama, biorę tylko sypialny, gdzie jest podział na kabiny żeńskie i męskie. Po nieprzespanej nocy błądziłam dość długo po peronach w Pradze, z ciężką walizką i plecakiem – w końcu wyjechałam na trzy tygodnie – zanim trafiłam na właściwy peron, w zasadzie w ostatnim momencie przed odjazdem pociągu z Pragi do Moskwy.

Dworzec Główny w Moskwie to była prawdziwa dżungla, tysiące osób, nie wiem, jak to wygląda teraz, ale wtedy wszystkie napisy były w języku rosyjskim i pisane cyrylicą. Nie muszę chyba dodawać, że nikt z obsługi nie mówił ani po angielsku, ani po polsku :) Z dworca mieli odebrać mnie Rosjanie i zawieżć na lotnisko, z którego odlatywał samolot do Czelabińska. Jednak ani na peronie, ani na dworcu nikt na mnie nie czekał, a podany telefon nie odpowiadał. Kiedy w informacji na dworcu próbowałam dowiedzieć się, jak mam się dostać na lotnisko, siedząca tam kobieta zapytała mnie: „A szto ty dziewoczka spod Urala prijechała?” :) W końcu znalazłam kogoś, ktoś mi pomógł i wreszcie mój samolot po wielu perypetiach wylądował na lotnisku w Czelabińsku. Była godzina 24. Jeśli myślicie, że to koniec przygód, bardzo się mylicie. Otwarte pole z niedużym blaszanym barakiem pośrodku raczej trudno było nazwać lotniskiem. Oczywiście nie muszę dodawać, że nikt tam na mnie nie czekał, chociaż wcześniej (jeszcze w Polsce) zostałam zapewniona, że na pewno ktoś odbierze mnie z lotniska. To wszystko miało być zorganizowane i zazwyczaj tak się właśnie odbywało! W „dworcu-blaszaku” było tylko jedno okienko – kasowe, oczywiście zamknięte o tej porze, i jeden aparat telefoniczny – na kopiejki, których nie miałam! Wyobrażacie sobie sytuację? Jest północ, wokół całkowita ciemność, co najmniej dziesięć stopni poniżej zera, a ja stoję z ciężkimi walizkami w małym baraku pośrodku jakiegoś pola i kompletnie nie wiem, co dalej? Nie wiem, gdzie mam jechać, czym, nie znam nawet adresu w Czelabińsku i co więcej, nawet nie mam jak się skontaktować z kimkolwiek, ponieważ nie mam jak rozmienić rubli na kopiejki! Nie mówiąc już o tym, że słabo znam rosyjski, a tu nikt nie mówi ani po polsku, ani po angielsku.

W końcu udało mi się porozmawiać z jednym z pasażerów samolotu – kobietą, która czekała na kogoś bliskiego, znała trochę angielski i co najważniejsze miała kopiejki, które mi po prostu podarowała, żebym mogła zadzwonić. Naprawdę piękny gest. Na szczęście jedyny aparat telefoniczny w okolicy działał i udało mi się dodzwonić do Czelabińska. Okazało się, że kawałek dalej zatrzymują się autobusy i jednym z nich będę mogła dojechać do miasta, a tam już ktoś będzie na mnie czekał. Była to dobra wiadomość, ale była też zła wiadomość – trzeba bardzo uważać, żeby wsiąść w autobus, który jedzie w stronę Czelabińska. Jeśli się pomylę, zawiezie mnie w przeciwnym kierunku, tam gdzie są tylko małe wioski, w których o tej porze wszyscy już dawno śpią. Nie macie pojęcia, jak się bałam. Coś jednak nade mną czuwało, ponieważ udało mi się wsiąść w autobus jadący do Czelabińska. Lotnisko było oddalone od głównego dworca kolejowego w Czelabińsku około 4o kilometrów. To właśnie na dworcu ktoś miał na mnie czekać, ale chyba nie muszę Wam mówić, że kiedy dojechałam do dworca, nikogo nie było? :) Rosjanie naprawdę się wtedy nie popisali. Był środek nocy, a ja zmarznięta dosłownie padałam z nóg i marzyłam już tylko o tym, żeby wypić kubek gorącej herbaty i położyć się do łóżka. Czekałam pod dworcem dłuższą chwilę, ale nikt się nie pojawił, postanowiłam więc działać i znów zadzwonić do osób, które miały mnie odebrać i zawieżć na miejsce. Przed dworcem nie zauważyłam żadnej budki telefonicznej, postanowiłam więc wejść do budynku dworca. Ale przed drzwiami wejściowymi czekała na mnie kolejna niemiła niespodzianka – dwóch wojskowych z karabinami. Okazało się, że nie mogę wejść do budynku dworca bez ważnego biletu na pociąg. Pomyślałam wtedy, że jestem w ukrytej kamerze i że za moment cała ekipa wyjdzie z ukrycia i wszyscy razem będziemy się długo i szczerze śmiać – co oczywiście nie nastąpiło. Po dłuższej rozmowie we wszystkich możliwych językach świata, podczas której żołnierze zaciskali dłonie na karabinie, postanowili wpuścić mnie do budynku, żebym mogła zadzwonić. Jeden z nich cały czas mi towarzyszył i nawet stał przy mnie bardzo blisko, kiedy rozmawiałam przez telefon z organizatorami podróży. Była trzecia nad ranem, kiedy w końcu siedziałam w ciepłym pokoju, popijając gorącą herbatę.

Następnego dnia przyjechał Lama Ole i pojechaliśmy wszyscy słynną koleją transsyberyjską w długą, niezwykłą podróż . Musicie to kiedyś przeżyć :) Odległości w Rosji są tak olbrzymie, że zazwyczaj spędzaliśmy w pociągu 24 godziny, zanim dojechaliśmy do kolejnego miasta. Rosjanie mają inne niż my poczucie odległości (podobnie jak Amerykanie). Pamiętam rozmowę z jedną z Rosjanek, która dołączyła do nas w Nowosybirsku. Zapytana gdzie mieszka, odpowiedziała, że tu nie daleko, tylko jakieś osiem godzin jazdy pociągiem :) Podróż z Lamą Ole obfitowała w wiele ciekawych wydarzeń, o których być może jeszcze opowiem. Podczas całej tej podróży wiele razy znajdowałam się w ekstremalnych sytuacjach i cały czas uczyłam się, nie tylko jak pokonywać własne lęki, ale też jak akceptować warunki, na które nie mam wpływu.

I to wszystko razem jest właśnie najlepszym lekarstwem na Nerki :)

Zapraszam na przepis – dzisiejsza potrawa wzmocni latem nasze Nerki.

………………………………………………………….

CONGEE Z DZIKIEGO RYŻU

Rodzaj posiłku: śniadanie, brunch

Podajemy z: mlekiem/śmietanką kokosową, suszonymi owocami, miodem, słodem, nektarem kokosowym, itp.

Wegetariańskitak

Wegański: tak (ale wtedy bez miodu)

Bezglutenowy: tak

Pięć Przemian: wzmacnia Nerki, odbudowuje jin

Ilość porcji: 3 – 4

 

Congee 2

Dziki ryż podobnie jak wiele innych produktów wzmacniających Nerki nie jest tani, ale zawiera taką ilość odżywczych składników, że pewnie wkrótce zostanie okrzyknięty nową super żywnością. Przede wszystkim jest drugim po owsie zbożem, które zawiera najwięcej białka – ponad 14 g w 100 g. Dzięki temu, a także dzięki błonnikowi, jest dobrym produktem dla osób odchudzających się, a także tych z insulinoopornością. Dziki ryż jest też wspaniałym żródłem witamin z grupy B, magnezu, fosforu, a także  manganu i cynku (oba 15% dziennego zapotrzebowania). Biorąc więc pod uwagę jego rozliczne właściwości, a także to że jest produktem bezglutenowym, wprowadzajmy go jak najczęściej do naszej kuchni. 

Składniki

100 g dzikiego ryżu

600 ml wody

800 g jabłek

1 łyżeczka cynamonu

2 – 3 łyżki jasnego cukru trzcinowego muscovado

Dodatki: śmietanka roślinna, mleko roślinne, syrop kokosowy, syrop klonowy, suszone morele, prażone orzechy, chipsy kokosowe i inne typowe dodatki do owsianki.

 

Syrop kokosowy do kupienia w sklepie www.ekobuszmenka.pl (klik)

(bezpieczne słodzenie – ma bardzo niski indeks glikemiczny (ig) = 35!)

 

Ta potrawa jest bardzo prosta w przygotowaniu.

  1. Do garnka wrzucamy dziki ryż, dodajemy wodę, zagotowujemy na dużym ogniu, następnie zmniejszamy ogień i na małym ogniu gotujemy przez 60 minut od momentu zagotowania się wody. Zestawiamy z ognia, odcedzamy, ale wody nie wylewamy, może być nam jeszcze potrzebna.
  2. W międzyczasie przygotowujemy świeży sok jabłkowy. Jabłka myjemy, kroimy na ćwiartki, wyjmujemy gniazda nasienne, skórki nie obieramy. Przepuszczamy przez sokowirówkę, a następnie powstały sok wlewamy do garnka, dodając cynamon i cukier. Sok doprowadzamy do wrzenia i gotujemy 1 minutę. Odstawiamy na bok.
  3. W blenderze miksujemy ugotowany ryż z ugotowanym sokiem jabłkowym. Konsystencja naszego congee zależy od ilości soku/wody, którą dodamy. Możecie dać mniej soku i congee będzie bardzo gęste, jak na powyższym zdjęciu, lub dodać cały sok i wodę, w której ryż się gotował, i uzyskacie wtedy bardziej typową konsystencję congee – rzadką zupę ryżową.
  4. Nakładamy do miseczek i wrzucamy ulubione dodatki, a następnie delektujemy się naszym porannym wzmacniającym congee :)

                                                                                                   

                                                                                                         With love, Mariola

 

……………………………………………………………………………………..………

Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka

ZdjęciaJacek Białołęcki; aranżacja potrawy i zdjęcia: Mariola Białołęcka

Copyright © 2015 by Jacek Białołęcki & Mariola Białołęcka | All Rights Reserved

 

Bezglutenowe muffinki z chia i kaszą kukurydzianą

Muffiny bezglutenowe i wegańskie – nie zawierają jajek, krowiego mleka, białej mąki i białego cukru!

Muffinki chia 2

Jeszcze kilkanaście lat temu, kiedy ktoś mówił w Polsce, że jest wegetarianinem, wywoływał tym dużą konsternację, zwłaszcza jeśli był zaproszony na obiad. W naszym środowisku wegetarianami najpierw zostali Jola i Mirek (Trymbulakowie). Kiedy byli do mnie zaproszeni, kończyło się za każdym razem długim omawianiem potraw przez telefon,  co może się w nich znaleźć, a czego muszę unikać, zwłaszcza że ze względu na medytacje nie jedli także innych produktów, np. jajek, czosnku i cebuli. W zasadzie ich dieta była po części wegańska, ale tego słowa w Polsce w tym czasie prawie nikt nie znał, a jeśli nawet usłyszał i tak do końca nie rozumiał. Nawyk przygotowywania potraw w określony sposób był tak silny, że ludzie nie wyobrażali sobie na przykład, że można upiec ciasto, nie dodając do niego jajek. Książka Joli i Mirka „Nakarmić duszę”, którą wydałam w moim wydawnictwie, zaczęła powoli te wyobrażenia zmieniać. (Oczywiście wcześniej były już na rynku książki na temat wegetarianizmu, np. Grodeckiej, ale z tego co wiem od naszych Czytelników, dopiero nasza książka upowszechniła tę tematykę, być może ze względu na ciekawą formę i spory rozgłos, i chyba jako pierwsza pokazała potrawy wegańskie – jeśli ktoś ma inne informacje, prosiłabym, żeby się ze mną podzielił :)

Jednak przygotowując kilka lat później angielską wersję tej książki – „To Feed the Soul”, dopiero tak naprawdę poznaliśmy weganizm. Chociaż „Nakarmić duszę” było w Polsce książką nowatorską, okazało się, że Anglicy są już dalej, tak więc wiele przepisów musieliśmy opracować ponownie, żeby były wegańskie. Ja w zasadzie jadłam wówczas głównie tofu i warzywa, a mleko roślinne dodawałam prawie do wszystkiego, bo właśnie jedzenie roślinne najbardziej mi pasowało, miałam to chyba w genach, ponieważ jedna z sióstr mojej babki ze strony matki była wegetarianką. Ale Londyn naprawdę mnie wtedy zaskoczył. Przy okazji publikacji tej książki wyjeżdżaliśmy często do Londynu –  jej promocja odbyła się w jednym z ekskluzywnych butików przy Westbourne Grove (Notting Hill), którego właściciel posiadał również wegetariańską restaurację przy słynnej Portobello Road. Często byliśmy tam gośćmi, ale też wzdłuż Westbourne Grove restauracje wegetariańskie i wegańskie wyrastały jak grzyby po deszczu. Wzdłuż całej ulicy było mnóstwo miejsc, gdzie można było zjeść potrawy bez jajek, sera, twarogu, mleka, a ich smak i konsystencja sprawiały, że nie miało się poczucia, że je się coś gorszego, jak uważała wówczas większość osób w Polsce, jedzących mięso. Pamiętam zwłaszcza jedno takie miejsce, gdzie można było zamówić kaczkę, kurczaka i wołowinę po chińsku, tylko że te potrawy były wegetariańskie, przyrządzone z odpowiednio spreparowanej soi. Było to jedno z najbardziej zaskakujących doświadczeń kulinarnych w moim życiu, to co jadłam, wyglądało jak mięso i smakowało jak mięso, próbowałam więc przekonać siebie, że to nie jest mięso. Jednak złudzenie, że je się mięso, było tak silne, że do końca nie byłam pewna, co tak naprawdę jem. Na przykład kaczka miała typową kaczą skórkę…

Jak to mówi Lama Ole: „Wszystko jest snem, więc wszystko jest możliwe” :)

Dziś mamy do dyspozycji różne rodzaje jedzenia i mnóstwo nowych technik i diet. Kiedy zapraszam gości, mam niezły orzech do zgryzienia. Jeden je tylko paleo, drugi tylko raw, inni są weganami, nie wspomnę już o tych, którzy są na diecie bezglutenowej lub po prostu mają alergie pokarmowe czy też nie tolerują niektórych produktów. I tak dobrze, że nie mieszkamy w USA, moja znajoma ze Stanów organizowała ostatnio urodziny swojego syna, każde z 11 zaproszonych  dzieci miało na coś innego alergię i w zasadzie była zmuszona przygotować oddzielne dania dla każdego  z tych dzieciaków – w rezultacie każde na wejściu dostawało swój własny ozdobny box z jedzeniem. Świat staje się coraz bardziej globalny, a nasze jedzenie coraz bardziej się indywidualizuje :)

Zresztą pamiętam pobyt w ośrodku medytacyjnym w San Francisco kilkanaście lat temu, już wtedy Amerykanie mieli niezliczoną ilość alergii. Pokój do medytacji musiał być sterylny, dywany były traktowane środkiem na roztocza, nie wolno było palić kadzideł i z tego co pamiętam w tym pomieszczeniu były tylko sztuczne kwiaty, wszystko to z powodu różnych alergii, na które już wtedy cierpiało wiele osób.

 

Jedzenie a przyjmowanie gości, czyli tybetańska gościnność

Jak się zachować w takiej sytuacji, kiedy mamy gości, a oni jedzą coś innego niż my? Zwłaszcza kiedy dotyczy to jedzenia lub nie potraw mięsnych. Ja u siebie w domu kieruję się tzw. tybetańską gościnnością, oznacza ona, że gość jest ważniejszy ode mnie, chciałabym, żeby ta osoba dobrze się u mnie czuła, więc jeśli je mięso, podaję jej mięso. Jeśli nie jemy mięsa i nie chcemy go sami przygotowywać, możemy do tego podejść na kilka sposobów. Jeśli to krótki pobyt, zaprośmy gości do restauracji, możemy też zamówić jedzenie do domu lub poprosić o przygotowanie potraw kogoś innego, możliwości jest wiele. Podstawowa zasada jest taka, że robimy wszystko, żeby nasi goście dobrze się u nas czuli. Weganom przygotowujemy wegańskie jedzenie, komuś, kto lubi surowe, robimy zielone smoothies (staram się nie pouczać gości, jak mają się odżywiać, ale i tak pewnie coś wtedy wspomnę o surowej żywności, zwłaszcza jeśli będzie to zima :) a jeśli wiemy, że ktoś ma alergię na orzechy, nie stawiamy w ogóle takich potraw na stole, żeby ktoś nie zjadł przez pomyłkę czegoś, co może mu zaszkodzić. Postaram się jeszcze kiedyś napisać, jak gotowałam super zdrowo dla pewnego tybetańskiego Rinpocze i co z tego wynikło :)

 Muffinki z chia 4

Dziś zapraszam na muffinki z kaszą kukurydzianą i nasionami chia. Te nasiona to ostatnio moja wielka obsesja :) dodaję je do wszystkiego, uwielbiam lekko chrupiącą, zwartą konsystencję wypieków, która powstaje po dodaniu chia, a także delikatną galaretowatość różnych puddingów, owsianek i kremów, które możemy przyrządzić na bazie chia. Do tego mają one właściwości lecznicze – leczą wyściółkę jelit, a więc są szczególnie wskazane dla osób, które cierpią na nietolerancję glutenu.

 

BEZGLUTENOWE MUFFINKI Z CHIA I KASZĄ KUKURYDZIANĄ

 

Rodzaj posiłku: śniadanie/brunch/lunch box/do popołudniowej kawy

Podajemy z: polewą czekoladową, bitą śmietanką, lodami, masłem i miodem (tylko że wtedy nie będą już wegańskie), masą ganache, itp. 

Wegetariański: tak 

Wegański: tak

Bezglutenowy: tak 

Pięć Przemian: działanie neutralne

Ilość porcji: 9 – 10 muffinek

 

Muffinki chia 3

 

Żeby przygotować te muffinki, będziemy potrzebować:

90 g moreli suszonych na słońcu

2 – 3 łyżki rodzynek

100 g mąki kokosowej

180 g kaszki kukurydzianej

2 łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody

½ łyżeczki zmielonego kardamonu

½ łyżeczki kurkumy

60 g oleju kokosowego

3 łyżki nasion chia

6 łyżek soku pomarańczowego

¼  szklanki drobno posiekanej, suszonej żurawiny

500 ml mleka sojowego lub kokosowego

(Jeśli ktoś woli bardziej słodki smak, może dodać

3 – 4 łyżki jasnego nierafinowanego cukru trzcinowego) 

 

Osobno

2 – 3 łyżki posiekanych orzechów i żurawiny

100 g gorzkiej czekolady i 1 łyżeczka oleju kokosowego (opcja)

 

  1. Morele wrzucamy do małej miski, zalewamy wrzątkiem, tak żeby woda tylko przykryła morele, i zostawiamy na 1 – 2 godziny do namoczenia.
  2. Rodzynki wrzucamy do osobnej miski, zalewamy wrzątkiem i zostawiamy do namoczenia na 1 – 2 godziny, tak jak morele.
  3. Kiedy morele są już namoczone, do osobnej miski wrzucamy mąkę kokosową, kaszę kukurydzianą, proszek do pieczenia, sodę, kardamon oraz kurkumę, mieszamy, żeby składniki dobrze się połączyły.
  4. Do jeszcze innej miseczki wrzucamy nasiona chia i wlewamy sok pomarańczowy, przez chwilę energicznie mieszamy składniki, a następnie zostawiamy na 5 – 10 minut, żeby chia napęczniały – po kilku/kilkunastu minutach utworzy się coś w rodzaju galaretki. Niektóre nasiona chia są bardziej suche i zanim wytworzy się galaretka, muszą poleżeć nawet kilkanaście minut. Jeśli po kilkunastu minutach nie wytworzy się coś w rodzaju galaretki – co może się zdarzyć – nie należy się tym przejmować, chia i tak spełnią swoje zadanie podczas pieczenia.
  5. Następnie rozpuszczamy olej kokosowy w małym rondelku i odstawiamy na bok do wystudzenia.
  6. Do pojemnika blendera lub do zwykłej, najlepiej wysokiej, miski (ja używam tutaj ręcznego blendera, żeby nie zbierać później tej masy ze ścianek i pokrywy malaksera, ale zróbcie tak, jak lubicie) wrzucamy namoczone i odsączone z wody morele, wlewamy 250 ml mleka i miksujemy do uzyskania gładkiej jednolitej emulsji, dodajemy chia i wystudzony olej kokosowy, miksujemy, aż składniki się połączą. Dodajemy resztę mleka (jeśli nie zmieści się wszystko w pojemniku, mleko możemy później dodać do mąki) i znów miksujemy.
  7. Teraz będzie nam potrzebny malakser, do jego pojemnika wrzucamy mąkę wymieszaną wcześniej z pozostałymi suchymi składnikami, przez chwilę miksujemy, to rozbije grudki, które tworzą się w mące kokosowej, a następnie wlewamy morele zmiksowane z mlekiem, kokosem oraz chia i wlewamy mleko, jeśli jeszcze zostało, miksujemy, aż wszystko się połączy i na koniec dodajemy posiekaną żurawinę i namoczone rodzynki, mieszamy.
  8. Przekładamy do foremek wysmarowanych olejem kokosowym i wysypanych mąką kukurydzianą – wierzch babeczek możemy posypać posiekanym orzechami i/lub suszoną żurawiną. Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do180°C, z włączonym termoobiegiem, przez 20 – 25 minut lub do momentu aż patyczek włożony w środek muffinka będzie suchy.
  9. Kiedy muffiny wystygną, możemy polać je rozpuszczoną czekoladą. W tym celu rozpuszczamy w rondlu olej kokosowy na małym ogniu,  wrzucamy połamaną na kawałki czekoladę i mieszając rozpuszczamy czekoladę w oleju kokosowym. Kiedy masa przestygnie, nakładamy ją na muffiny. Muffiny można przełożyć do lodówki, żeby polewa szybciej zastygła – ciekawy i smaczny dodatek do tych pysznych i zdrowych babeczek. 

                                                                    With love,

                                                                                            Mariola 

 

Muffinki z chia 5

 

.…………………………………………………………………………………………………

Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka

ZdjęciaJacek Białołęcki; aranżacja potrawy i zdjęcia: Mariola Białołęcka

Copyright © 2015 by Jacek Białołęcki & Mariola Białołęcka | All Rights Reserved

 

 

Gryczanka

Czyli coś w rodzaju owsianki z kaszy gryczanej :)  Odprężające danie śniadaniowe pełne antyoksydantów. Nie zawiera glutenu, laktozy i białego cukru! 

 

Gryczanka

Gryka, z której wytwarza się kaszę gryczaną, to ciekawe zjawisko w świecie roślin. Nie przepadają za nią szkodniki, więc do jej uprawy zazwyczaj nie stosuje się środków ochrony roślin. Nie wymaga ona też intensywnego nawożenia mineralnego, ponieważ świetnie sobie sama radzi i potrafi dobrze wykorzystać substancje pokarmowe zawarte w glebie. Co więcej, gryka nieźle się szarogęsi, tak bardzo się rozrasta, że zagłusza wszystkie chwasty i w związku z tym do jej uprawy często nie stosuje się środków do zwalczania chwastów. Tak więc kasza gryczana zawiera mniej szkodliwych dla człowieka substancji, nawet wówczas, kiedy nie jest eko :) Jako ciekawostkę podam, że spożycie 100 g kaszy gryczanej zaspokaja dzienne zapotrzebowanie człowieka na niezbędne do życia aminokwasy egzogenne. Więcej informacji o gryce i kaszy gryczanej znajdziecie w mojej książce „Zaskakująca kasza & ryż”. Dowiecie się na przykład z kim kasza ta jest spokrewniona, co jest dość zaskakujące. W książce między innymi takie wymyślone przeze mnie potrawy, jak „Krakersy z kaszy gryczanej”, „Bolognese z kaszy gryczanej”, „Gryczane brownie” i „Babka z kaszy gryczanej”, jak się okazało, doceniane przez wiele osób :) 

Gdybyście byli zainteresowani, książkę można tu zamawiać :)

Okładka

 

Pudding

(„Pudding z kaszy gryczanej” z mojej książki „Zaskakująca kasza & ryż”)

Dzisiejszy przepis to jeden z tych przepisów, którego nie udało mi się już zmieścić w wyżej wymienionej książce. Zamiast niego dałam pieczony „Pudding z kaszy gryczanej” (na zdjęciu powyżej).  Na moim stole ta gryczanka pojawia się wiosną i latem w cudownie leniwe sobotnio-niedzielne poranki, ponieważ jest bardzo odprężająca. Polecam zwłaszcza w upały, jej składniki są lekko ochładzające i nie tylko ochłodzą nasze ciało, ale też wyciszą emocje :)

Składniki tego przepisu zostały tak pomyślane, żebyśmy mogli wzmocnić wątrobę teraz już dobrze oczyszczoną :) Gryczanka ma przyjemny, lekko gorzkawy posmak – tak jak lubię – a to dlatego że dodałam do niej surowe kakao i sok grapefruitowy. Wszystko to oczywiście nieprzypadkowo, gorzki smak, nawet tak delikatny jak tu, pomaga naszej wątrobie wyprodukować więcej żółci, dzięki czemu żadna komórka tłuszczowa i nigdzie! się nie odłoży :)  

Surowe kakao to jeden z cudownych składników tej gryczanki, jest ono uważane za super żywność, w skali ORAC (Oxygen Radical Absorbance Capacity) ma wysoką pozycję z następującymi wartościami: 55,653 μ mol TE/100g, co oznacza, że ma dużą zdolność do wychwytywania z naszego organizmu wolnych rodników – jest świetnym antyoksydantem i źródłem wiecznej młodości :)

Zapraszam na przepis!

 

GRYCZANKA

 

Rodzaj posiłku: śniadanie

Podajemy zświeżo wyciśniętym sokiem z różowego grapefruita, jogurtem z dobroczynnymi bakteriami, miodem, gruszką, świeżymi owocami sezonowymi, granatami, prażonymi chipsami kokosowymi, wiórkami kokosowymi raw, ewent. cukrem trzcinowym nierafinowanym, orzechami, migdałami.

Wegetariański: tak 

Wegański: tak, jeśli nie dodamy miodu

Bezglutenowy: tak 

Pięć Przemian: działanie chłodzące

Ilość porcji: 2 – 3 

 Gryczanka 2

200 g kaszy gryczanej niepalonej

500 ml gorącej wody

1 łyżka surowego kakao (lub zwykłego)

1 łyżka nasion chia (do kupienia w sklepach ze zdrową żywnością)

3 łyżki świeżo wyciśniętego soku z różowego grapefruita

500 ml mleka sojowego lub mleka z orzechów cashew

(ostatecznie może być mleko migdałowe)

 

 

Dodatki

Do gryczanki dodaję: świeżo wyciśnięty sok z różowego grapefruita, jogurt z dobroczynnymi bakteriami naturalny lub smakowy, czasami mleko roślinne i miód (wzmacnia jelita), gruszkę lub świeże owoce sezonowe razem z granatami, prażone chipsy kokosowe, wiórki kokosowe raw, czasami trochę cukru trzcinowego nierafinowanego, ewentualnie orzechy, migdały.

 

  1. Do garnka wlewam gorącą wodę, wrzucam kaszę gryczaną i surowe kakao. Zagotowuję pod przykryciem, odkrywam na 20 sekund, ponownie przykrywam garnek i gotuję na małym ogniu przez 20 minut. Odkrywam, odstawiam na bok na 5 minut, żeby trochę przestygła.
  2. Kiedy kasza się gotuje, do małej miseczki wsypuję nasiona chia i wlewam sok z grapefruita. Przez chwilę energicznie mieszam, żeby nasiona połączyły się dobrze z sokiem i zostawiam na 5 – 10 minut, żeby napęczniały. Powinny na koniec utworzyć coś w rodzaju galaretki.
  3. Wrzucam ugotowaną i przestudzoną kaszę do pojemnika malaksera (można też inaczej zmiksować, ale ważna jest tutaj kolejność, najpierw miksujemy samą kaszę, a potem dopiero dodajemy pozostałe składniki) i miksuję na gładko. Następnie dodaję 250 ml mleka, wrzucam namoczone chia, miksuję i wlewam resztę mleka. Ponownie miksuję, aż do uzyskania gładkiej emulsji. Gryczankę można nakładać od razu do miseczek lub po 10 – 15 minutach, wówczas będzie miała jeszcze bardziej budyniową konsystencję.

 

Na koniec nakładam pozostałe składniki… jest cudowna, jem, delektuję się i czuję, jak coraz bardziej się odprężam :)

 

                                                    With love,

                                                              Mariola

 

.…………………………………………………………………………………………………

Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka

ZdjęciaJacek Białołęcki; aranżacja potrawy i zdjęcia: Mariola Białołęcka

Copyright © 2014 by Jacek Białołęcki & Mariola Białołęcka | All Rights Reserved

 

Sernik na zimno z kaszy jaglanej

Sernik jaglany

(Na zdjęciu wymyślony przeze mnie sernik jaglany! Teraz ten przepis stał się dość popularny na blogach, ale pamiętajcie, że po raz pierwszy sernik ten pojawił się w mojej książce „Zaskakująca kasza i ryż” – nikt przede mną takich serników nie robił, a przynajmniej nigdzie tego nie udostępniał )

„Sernik na zimno z kaszy jaglanej z lawendą” otworzył mi wiele drzwi, kiedy zaczęłam pracować nad książką „Zaskakująca kasza & ryż”. Jest bardzo smaczny i leciutki, a kasza jest w nim w ogóle niewyczuwalna, nie zdarzyło mi się, żeby ktokolwiek kiedykolwiek powiedział, że czuje w nim kaszę. Przepis, który znajdziecie poniżej, to przepis-matka. Od niego zaczęła się historia serników na zimno z kaszy jaglanej :) Kiedy zaczęłam pracę nad książką (w 2010 r.) i wrzucałam w wyszukiwarkę takie hasła, jak „Sernik jaglany”, „Sernik z kaszy jaglanej”, „Sernik z kaszą jaglaną” itp, nie znalazłam takiej potrawy!!! :)  W książce znajdziecie też wymyślony przeze mnie pieczony „Sernik z kaszy jaglanej”, który podbił serca wielu Czytelników :)  

Mam też dobrą wiadomość dla osób, które pytają mnie o dodruk książki „Zaskakująca kasza i ryż”. Książka powinna być ponownie w sprzedaży koniec maja/początek czerwca. Ostatnio ktoś mi powiedział, że moja książka jest polecana przez wykładowców (w tym profesorów) Wydziału Dietetyki Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego :)

Zapraszam na przepis! Koniecznie musicie go wypróbować, poniżej też wersja wegańska tego sernika, czyli z agarem zamiast żelatyny. 

 

SERNIK NA ZIMNO Z KASZY JAGLANEJ Z LAWENDĄ

Kiedy po raz pierwszy dałam ten sernik do spróbowania moim gościom, stwierdzili

jednogłośnie, że mogą się od niego uzależnić. Kasza jaglana w połączeniu z lawendą działa podwójnie odprężająco, a ten sernik jest jak balsam dla naszej duszy… Gorąco polecam!

 

500 ml mleka sojowego

waniliowego lub mleka krowiego

1 łyżka suszonych kwiatów

lawendy

 

200 g kaszy jaglanej

500 ml wody

3 nasiona zielonego kardamonu

2 łyżeczki esencji waniliowej

lub 2 łyżki, jeśli używamy mleka krowiego

80 g białego cukru trzcinowego

lub białego cukru

2 słoiczki kompotu z jagód

firmy Rolnik, (640 g jagód)

3 łyżki żelatyny

100 ml gorącej wody

250 ml śmietanki 30%

250 ml śmietanki 36%

lub 500 ml śmietanki sojowej/kokosowej/owsianej

1 łyżka cukru

 

Galaretka z kokosa

110 g zmiksowanych na mąkę wiórków kokosowych

125 ml mleka kokosowego

250 ml mleka sojowego lub innego

1 łyżeczka esencji waniliowej

1 łyżka żelatyny

60 ml gorącej wody

 

 

  1. Wlewamy mleko do garnka i wsypujemy suszone kwiaty lawendy. Doprowadzamy mleko do wrzenia, zdejmujemy z ognia i odstawiamy na 15 minut, a następnie odcedzamy.
  2. Gotujemy kaszę według przepisu podstawowego (klik), dodając 3 nasiona zielonego kardamonu. Po ugotowaniu wyjmujemy kardamon, kaszę studzimy przez 5 minut i przekładamy do pojemnika malaksera. Miksujemy do uzyskania jednolitej konsystencji, a następnie wlewamy mleko lawendowe oraz esencję waniliową  i miksujemy, aż składniki się połączą. Dodajemy cukier, dokładnie, długo miksujemy do uzyskania gładkiej kremowej emulsji. Dodajemy jagody razem z sokiem z 1 słoiczka, ponownie miksujemy do uzyskania jednolitej konsystencji. Przekładamy do większej miski.
  3. Żelatynę rozpuszczamy w 100 ml gorącej wody, studzimy.
  4. Ubijamy na sztywno śmietankę (obie razem) z cukrem i łączymy ją z masą z kaszy. Dodajemy jagody bez soku z drugiego słoiczka, mieszamy, a następnie wlewamy żelatynę, cały czas mieszając. Przelewamy masę do tortownicy o średnicy 20 – 24 cm, wcześniej wysmarowanej lekko tłuszczem. Wstawiamy do lodówki na minimum 4 godziny, a najlepiej na noc.
  5. Kiedy sernik zastygnie, zalewamy go galaretką z kokosa i wstawiamy na minimum 2 godziny do lodówki.

 

Galaretka z kokosa

Miksujemy razem mleko kokosowe, mleko sojowe, wiórki kokosowe oraz esencję waniliową. Żelatynę rozpuszczamy w gorącej wodzie i dodajemy do zmiksowanych składników. Powinno być ok. 500 ml płynu. Galaretkę wylewamy na zastygniętą kaszę.

Mniam! Nie macie pojęcia, jaki jest pyszny!! :)

 

SERNIK NA ZIMNO Z KASZY JAGLANEJ Z LAWENDĄ

wersja wegańska

 

 

200 g kaszy jaglanej

500 ml wody

3 nasiona zielonego kardamonu

 

500 ml mleka sojowego waniliowego

2 łyżeczki esencji waniliowej

½ -1 łyżka suszonych kwiatów lawendy

80 g białego cukru trzcinowego lub białego cukru

2 słoiczki kompotu z jagód firmy Rolnik, (200 g jagód)

200 ml śmietanki sojowej lub kokosowej

1 łyżka cukru

6 łyżeczek agaru

(można dać 7 łyżeczek, jeśli chcemy mieć bardziej zwartą konsystencję)

 

 

  1. Wlewamy mleko do garnka i wsypujemy suszone kwiaty lawendy. Doprowadzamy do wrzenia, zdejmujemy z ognia i odstawiamy na 15 minut. Odcedzamy.

  2. Gotujemy kaszę według przepisu podstawowego (klik), dodając 3 nasiona zielonego kardamonu. Po ugotowaniu wyjmujemy kardamon, kaszę studzimy przez 5 minut i przekładamy do pojemnika malaksera. Miksujemy do uzyskania jednolitej konsystencji, a następnie wlewamy mleko lawendowe oraz esencję waniliową i ponownie miksujemy, aż składniki dobrze się połączą. Na koniec dodajemy cukier i dokładnie, długo miksujemy do uzyskania gładkiej, kremowej emulsji.

  3. Jagody z obu słoiczków odsączamy z soku, a następnie 100 g odsączonych jagód dodajemy do zmiksowanej kaszy i ponownie miksujemy do uzyskania jednolitej  konsystencji.

  4. Następnie wlewamy do miski odsączony sok z jagód (350 ml) i wsypujemy agar. Mieszamy, aż agar rozpuści się w soku, i zostawiamy na 7 minut do namoczenia.  

  5. W międzyczasie wlewamy śmietankę sojową do dużej miski, dodajemy cukier (1 łyżka)  i ubijamy przez 4 – 5 minut, aż śmietanka zwiększy swoją objętość. 

  6. Następnie agar razem z sokiem wlewamy do niedużego rondla, doprowadzamy do wrzenia i gotujemy przez 5 minut na małym ogniu, mieszając od czasu do czasu, żeby agar nie przywarł do dna. Przelewamy do miski i mieszając studzimy przez 1 minutę.

  7. Ponownie uruchamiamy malakser i wlewamy powoli przestudzony agar do kaszy, przez cały czas ją miksując. Kiedy składniki dobrze się połączą,  przekładamy masę do miski z ubitą śmietanką i szybko łączymy składniki. Przelewamy masę do tortownicy o średnicy ok. 20 – 24 cm, wcześniej wysmarowanej lekko tłuszczem roślinnym.  Zostawiamy na 3 godziny w chłodnym miejscu, żeby sernik zastygł, a następnie zalewamy go galaretką z kokosa i ponownie wstawiamy do lodówki na 1 – 2 godziny.

 

 

Galaretka z kokosa

 

110 g zmielonych na mąkę wiórków kokosowych

100 ml mleka kokosowego

125 ml wody

250 ml mleka sojowego

1 łyżeczka esencji waniliowej

(bez alkoholu)

2 łyżeczki agaru

 

 

  1. Do blendera wlewamy mleko sojowe oraz esencję waniliową, a następnie wrzucamy wiórki kokosowe i dokładnie miksujemy. Po zmiksowaniu zostawiamy w blenderze.

  2. Do niedużego rondelka wlewamy mleko kokosowe oraz wodę i wrzucamy agar. Mieszamy, żeby agar się rozpuścił, a następnie doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy przez 5 minut, mieszając co jakiś czas, żeby na powierzchni nie utworzył się kożuch. Następnie przelewamy do niedużej miski i cały czas mieszając, studzimy przez 1 minutę.

  3. Ponownie uruchamiamy blender i powoli wlewamy przestudzony agar do mleka zmiksowanego z wiórkami kokosowymi. Miksujemy przez chwilę, żeby składniki się połączyły i od razu wylewamy na sernik. Musimy działać bardzo szybko, gdyż masa z agarem łatwo się ścina.

                                       

                                                  Enjoy! 

                                                            Wasza Mariola

…………………………………………………………………………………………………………………….

Piękne zdjęcie z książki: Jacek Białołęcki

Aranżacja zdjęć i potraw: Mariola Białołęcka

Copyright © 2011 by Mariola Białołęcka & Jacek Białołęcki |All Rights Reserved

Waniliowy serek jaglany

serek z kaszy jaglanej

 

Dziś kolejna potrawa zawierająca dobroczynne bakterie probiotyczne. Ten serek kocha cała moja rodzina w większości bezglutenowa i bezmleczna :) Jest to pierwszy „twarożek”, który może jeść bez obaw moja matka od lat borykająca się z różnymi problemami z powodu nietolerancji laktozy. Przygotowanie serka jest bardzo proste, wystarczy trochę kaszy, mleko sojowe (może być woda), kultury bakterii oraz jogurtownica (lub garnek) i cała rodzina będzie rano delektować się pysznym serkiem jaglanym, który smakuje jak najprawdziwszy serek waniliowy homogenizowany. Jest kwaskowaty i pachnie twarożkiem. Trudno odgadnąć, że jest zrobiony… z kaszy.

Jogurty, kefiry, serki czy kiszonki przygotowywane w domu z naturalnych, nieprzetworzonych produktów, najlepiej ekologicznych ze znanego źródła, to kolejny krok do odzyskania zdrowia i własnego życia. Po pierwsze wiemy, co wchodzi w skład naszego jogurtu czy kefiru. Po drugie możemy kontrolować ilość i jakość składników w nim zawartych i co więcej, wiemy, kto przygotował nasze jedzenie i ile włożył w to serca. Nie mówiąc już o tym, że często takie domowe, dobrej jakości jedzenie jest po prostu tańsze. Jest jeszcze jeden ważny aspekt, możemy wpływać na smak jogurtu, kefiru, czy serka, kontrolując w domu cały proces produkcji. W ten sposób uzyskamy smak, jaki najbardziej nam odpowiada, mniej lub bardziej kwaśny, w zależności od czasu, w jakim nasz jogurt będzie dojrzewał.

Zachęcam do własnych eksperymentów :) i do wypróbowywania produktów roślinnych. Ma to duże znaczenie, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, w jaki sposób jest pozyskiwane mleko krowie, które możemy kupić w supermarkecie.

Zauważyłam, że poranna porcja jogurtu lub serka z kaszy z dobroczynnymi bakteriami sprawia, że mniej jem i mam mniejszą ochotę na słodycze :)  

 

WANILIOWY SEREK (JOGURT) JAGLANY

Rodzaj posiłku: śniadanie, brunch, jako podstawa sernika na zimno lub pieczonego

Podajemy z: owocami

Wegetariański: tak, jeśli użyjemy odpowiednich bakterii

Wegański: tak, jeśli użyjemy odpowiednich bakterii

Bezglutenowy: tak

Pięć Przemian: działanie odżywcze

Ilość porcji: 4 – 6

Składniki: kasza jaglana, mleko sojowe naturalne, szczepy bakterii, ekstrakt waniliowy, owoce

 

serek jaglany zbliżenie

Przepis

 

320 g ugotowanej, gorącej kaszy jaglanej

625 ml mleka sojowego naturalnego

(powinno zawierać cukier)

bakterie jogurtowe w saszetce na 1 l jogurtu

lub probiotyk, np. LaciflorStrong, w ilości 6 – 8 kapsułek

1 łyżka ekstraktu waniliowego bez alkoholu

ksylitol, stevia lub cukier do posłodzenia (opcja)

owoce sezonowe

 

  1. Kaszę od razu po ugotowaniu – musi być gorąca, żebyśmy uzyskali odpowiednią dla bakterii temperaturę mieszanki – przekładamy do blendera. Wlewamy mleko sojowe i przez dwie minuty miksujemy na najwyższych obrotach do uzyskania gładkiej, jednolitej i puszystej konsystencji.
  2. Następnie przekładamy do pojemnika jogurtownicy lub słoika/garnka  z pokrywką. Sprawdzamy temperaturę, najlepiej termometrem spożywczym, powinna  wynosić 40 –45°C. Jeśli go nie mamy, sprawdzamy temperaturę, zanurzając ostrożnie palec w naszej mieszance, jeśli jesteśmy w stanie wytrzymać przez 10 sekund, temperatura jest właściwa. Jeśli mieszanka jest za zimna (powinna lekko parzyć), wcześniej ją podgrzewamy.
  3. Wrzucamy bakterie jogurtowe z saszetki (lub probiotyk z kapsułek – tylko zawartość kapsułek, kapsułki wyrzucamy). Dokładnie mieszamy drewnianą, ceramiczną lub plastikową łyżką. Szczelnie przykrywamy i zostawiamy na 10 – 14 godzin. Można nawet dłużej w zależności od tego, jak bardzo kwaśny ma być nasz serek (jeśli używamy kapsułek, czas powinien być krótszy 8 – 10 godzin)
  4. Jeśli używacie jogurtownicy, każda ma dokładną instrukcję, jak przygotować w niej jogurt (serek). Mogą się one trochę różnić. Ja używam jogurtownicy, która składa się z dwóch części. Do pierwszej nakładam kaszę z bakteriami i szczelnie ją przykrywam. Tę część wstawiam do większego pojemnika z gorącą wodą (ok. 80 °C) i ten pojemnik też przykrywam szczelnie dopasowaną pokrywką.
  5. Serek można też przygotować w szczelnie zamkniętym garnku, który wstawiamy do piekarnika nastawionego na ok. 45 °C i zostawiamy go na 8 – 14  godzin (patrz wyżej), takie rozwiązanie proponuje Agnieszka Kręglicka:  http://www.jogurt-domowy.pl/przepis-na-jogurt-domowy-agnieszka-kreglicka).
  6. Gotowy serek trzeba jeszcze wstawić do lodówki na kilka godzin, żeby zgęstniał i żeby bakterie przestały się namnażać. Można go przełożyć do innego naczynia (tylko nie metalowego) lub pozostawić w tym, w którym fermentował.
  7. Kiedy robimy serek  z kaszy, sami decydujemy, jaką będzie miał gęstość. Możemy dać więcej kaszy przy tej ilości mleka (nie może być jej jednak za dużo, ponieważ kasza musi się bardzo dokładnie zmiksować w blenderze, malakser nie zapewni takiej konsystencji) i wtedy nasz serek będzie jeszcze bardziej gęsty.
  8. Przed podaniem do serka dodajemy ekstrakt waniliowy lub ziarenka z ½ laski wanilii i dokładnie mieszamy. Słodzimy (opcja) i kładziemy na wierzchu owoce. 

  

                                  Jest bajeczny i taki zdrowy :)             

 

serek na łyżeczce

 P.S. Serek można posłodzić, ale nie jest to konieczne. Zarówno  kasza, jak i słodkie mleko sprawiają, że jest on wystarczająco, choć delikatnie słodki.

P.S.1 Jeśli dodacie więcej mleka, uzyskacie wspaniały jogurt z kaszy jaglanej.

P.S.2 Za kilka dni pyszny sernik na zimno z probiotycznego serka z kaszy jaglanej i leśnych owoców – w oparciu o mój przepis z książki „Zaskakująca kasza i ryż”.

                                                              Love, 

                                                                                                 Mariola

………………………………………………………………………………….…………………………

Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka

Zdjęcia – aranżacja i wykonanie: Mariola Białołęcka

Współpraca: Jacek Białołęcki

Copyright © 2013 Mariola Białołęcka | All Rights Reserved