Congee z dzikiego ryżu

Zamiast owsianki, jaglanki i gryczanki mała odmiana – congee, długo gotowany ryż, wzmacniający zdrowie – z sokiem z jabłek i cynamonem!

Congee z dzikiego ryżu

Mało osób to wie, ale lato i upały to nie jest dobry czas dla naszych Nerek. Zwłaszcza czerwiec nie jest miesiącem przyjaznym dla Nerek. Tak to widzi TMC, a statystyki szpitali pokazują, że najwięcej operacji związanych z usuwaniem kamieni nerkowych odbywa się właśnie w czerwcu. Jeśli więc cokolwiek dzieje się z Waszymi Nerkami, to teraz dostaniecie tego sygnały (oby nie!). O Nerki trzeba dbać zawsze, to podstawowe żródło naszej życiowej energii. Nerki mają też związek z płodnością, seksualnością i dojrzewaniem.  Uważa się, że najlepszym lekarstwem dla Nerek jest mocne życie – odważne wychodzenie w świat, żeby realizować swoje marzenia. Dla mnie prawdziwym testem i szkołą życia były podróże, często samotne – moim zdaniem to właśnie podróże, a zwłaszcza dalekie, najlepiej wzmacniają umysł i charakter, a także dają przestrzeń potrzebną do zobaczenia naszych codziennych rzeczy z innej perspektywy. Jedna taka podróż może czasem zmienić całe życie :)

W taką właśnie podróż wybrałam się kiedyś w środku zimy do Rosji. Podróże po Rosji z Lamą Ole są organizowane co roku i są wysoko cenione w naszym środowisku. Zazwyczaj odbywają się w lutym. Tak więc na początku lutego wsiadłam w Gdyni do pociągu i w ten sposób rozpoczęła się moja wielka przygoda pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji. Punktem zbiorczym dla tego wyjazdu był Czelabińsk, tam wszyscy mieliśmy spotkać się z Lamą Ole, żeby potem wspólnie pojechać  pociągiem do Nowosybirska i na koniec do Krasnojarska. Odwiedziliśmy wtedy też Omsk, Samarę, Niżny Nowogród, Jekaterynburg oraz Petersburg i wróciliśmy przez Białystok do Warszawy. Była to prawdziwa podróż życia, której się nie zapomina – wszystko co mogło pójść nie tak, poszło nie tak :) Zaczęło się w pociągu jadącym z Gdyni do Pragi, wzięłam kuszetkę, które są zawsze koedukacyjne i byłam w niej sama z jakimś mężczyzną, który dziwnie się zachowywał, a do tego robił dwuznaczne uwagi, w zasadzie nie spałam przez całą noc. Od tamtej pory jeśli mam jechać pociągiem sama, biorę tylko sypialny, gdzie jest podział na kabiny żeńskie i męskie. Po nieprzespanej nocy błądziłam dość długo po peronach w Pradze, z ciężką walizką i plecakiem – w końcu wyjechałam na trzy tygodnie – zanim trafiłam na właściwy peron, w zasadzie w ostatnim momencie przed odjazdem pociągu z Pragi do Moskwy.

Dworzec Główny w Moskwie to była prawdziwa dżungla, tysiące osób, nie wiem, jak to wygląda teraz, ale wtedy wszystkie napisy były w języku rosyjskim i pisane cyrylicą. Nie muszę chyba dodawać, że nikt z obsługi nie mówił ani po angielsku, ani po polsku :) Z dworca mieli odebrać mnie Rosjanie i zawieżć na lotnisko, z którego odlatywał samolot do Czelabińska. Jednak ani na peronie, ani na dworcu nikt na mnie nie czekał, a podany telefon nie odpowiadał. Kiedy w informacji na dworcu próbowałam dowiedzieć się, jak mam się dostać na lotnisko, siedząca tam kobieta zapytała mnie: „A szto ty dziewoczka spod Urala prijechała?” :) W końcu znalazłam kogoś, ktoś mi pomógł i wreszcie mój samolot po wielu perypetiach wylądował na lotnisku w Czelabińsku. Była godzina 24. Jeśli myślicie, że to koniec przygód, bardzo się mylicie. Otwarte pole z niedużym blaszanym barakiem pośrodku raczej trudno było nazwać lotniskiem. Oczywiście nie muszę dodawać, że nikt tam na mnie nie czekał, chociaż wcześniej (jeszcze w Polsce) zostałam zapewniona, że na pewno ktoś odbierze mnie z lotniska. To wszystko miało być zorganizowane i zazwyczaj tak się właśnie odbywało! W „dworcu-blaszaku” było tylko jedno okienko – kasowe, oczywiście zamknięte o tej porze, i jeden aparat telefoniczny – na kopiejki, których nie miałam! Wyobrażacie sobie sytuację? Jest północ, wokół całkowita ciemność, co najmniej dziesięć stopni poniżej zera, a ja stoję z ciężkimi walizkami w małym baraku pośrodku jakiegoś pola i kompletnie nie wiem, co dalej? Nie wiem, gdzie mam jechać, czym, nie znam nawet adresu w Czelabińsku i co więcej, nawet nie mam jak się skontaktować z kimkolwiek, ponieważ nie mam jak rozmienić rubli na kopiejki! Nie mówiąc już o tym, że słabo znam rosyjski, a tu nikt nie mówi ani po polsku, ani po angielsku.

W końcu udało mi się porozmawiać z jednym z pasażerów samolotu – kobietą, która czekała na kogoś bliskiego, znała trochę angielski i co najważniejsze miała kopiejki, które mi po prostu podarowała, żebym mogła zadzwonić. Naprawdę piękny gest. Na szczęście jedyny aparat telefoniczny w okolicy działał i udało mi się dodzwonić do Czelabińska. Okazało się, że kawałek dalej zatrzymują się autobusy i jednym z nich będę mogła dojechać do miasta, a tam już ktoś będzie na mnie czekał. Była to dobra wiadomość, ale była też zła wiadomość – trzeba bardzo uważać, żeby wsiąść w autobus, który jedzie w stronę Czelabińska. Jeśli się pomylę, zawiezie mnie w przeciwnym kierunku, tam gdzie są tylko małe wioski, w których o tej porze wszyscy już dawno śpią. Nie macie pojęcia, jak się bałam. Coś jednak nade mną czuwało, ponieważ udało mi się wsiąść w autobus jadący do Czelabińska. Lotnisko było oddalone od głównego dworca kolejowego w Czelabińsku około 4o kilometrów. To właśnie na dworcu ktoś miał na mnie czekać, ale chyba nie muszę Wam mówić, że kiedy dojechałam do dworca, nikogo nie było? :) Rosjanie naprawdę się wtedy nie popisali. Był środek nocy, a ja zmarznięta dosłownie padałam z nóg i marzyłam już tylko o tym, żeby wypić kubek gorącej herbaty i położyć się do łóżka. Czekałam pod dworcem dłuższą chwilę, ale nikt się nie pojawił, postanowiłam więc działać i znów zadzwonić do osób, które miały mnie odebrać i zawieżć na miejsce. Przed dworcem nie zauważyłam żadnej budki telefonicznej, postanowiłam więc wejść do budynku dworca. Ale przed drzwiami wejściowymi czekała na mnie kolejna niemiła niespodzianka – dwóch wojskowych z karabinami. Okazało się, że nie mogę wejść do budynku dworca bez ważnego biletu na pociąg. Pomyślałam wtedy, że jestem w ukrytej kamerze i że za moment cała ekipa wyjdzie z ukrycia i wszyscy razem będziemy się długo i szczerze śmiać – co oczywiście nie nastąpiło. Po dłuższej rozmowie we wszystkich możliwych językach świata, podczas której żołnierze zaciskali dłonie na karabinie, postanowili wpuścić mnie do budynku, żebym mogła zadzwonić. Jeden z nich cały czas mi towarzyszył i nawet stał przy mnie bardzo blisko, kiedy rozmawiałam przez telefon z organizatorami podróży. Była trzecia nad ranem, kiedy w końcu siedziałam w ciepłym pokoju, popijając gorącą herbatę.

Następnego dnia przyjechał Lama Ole i pojechaliśmy wszyscy słynną koleją transsyberyjską w długą, niezwykłą podróż . Musicie to kiedyś przeżyć :) Odległości w Rosji są tak olbrzymie, że zazwyczaj spędzaliśmy w pociągu 24 godziny, zanim dojechaliśmy do kolejnego miasta. Rosjanie mają inne niż my poczucie odległości (podobnie jak Amerykanie). Pamiętam rozmowę z jedną z Rosjanek, która dołączyła do nas w Nowosybirsku. Zapytana gdzie mieszka, odpowiedziała, że tu nie daleko, tylko jakieś osiem godzin jazdy pociągiem :) Podróż z Lamą Ole obfitowała w wiele ciekawych wydarzeń, o których być może jeszcze opowiem. Podczas całej tej podróży wiele razy znajdowałam się w ekstremalnych sytuacjach i cały czas uczyłam się, nie tylko jak pokonywać własne lęki, ale też jak akceptować warunki, na które nie mam wpływu.

I to wszystko razem jest właśnie najlepszym lekarstwem na Nerki :)

Zapraszam na przepis – dzisiejsza potrawa wzmocni latem nasze Nerki.

………………………………………………………….

CONGEE Z DZIKIEGO RYŻU

Rodzaj posiłku: śniadanie, brunch

Podajemy z: mlekiem/śmietanką kokosową, suszonymi owocami, miodem, słodem, nektarem kokosowym, itp.

Wegetariańskitak

Wegański: tak (ale wtedy bez miodu)

Bezglutenowy: tak

Pięć Przemian: wzmacnia Nerki, odbudowuje jin

Ilość porcji: 3 – 4

 

Congee 2

Dziki ryż podobnie jak wiele innych produktów wzmacniających Nerki nie jest tani, ale zawiera taką ilość odżywczych składników, że pewnie wkrótce zostanie okrzyknięty nową super żywnością. Przede wszystkim jest drugim po owsie zbożem, które zawiera najwięcej białka – ponad 14 g w 100 g. Dzięki temu, a także dzięki błonnikowi, jest dobrym produktem dla osób odchudzających się, a także tych z insulinoopornością. Dziki ryż jest też wspaniałym żródłem witamin z grupy B, magnezu, fosforu, a także  manganu i cynku (oba 15% dziennego zapotrzebowania). Biorąc więc pod uwagę jego rozliczne właściwości, a także to że jest produktem bezglutenowym, wprowadzajmy go jak najczęściej do naszej kuchni. 

Składniki

100 g dzikiego ryżu

600 ml wody

800 g jabłek

1 łyżeczka cynamonu

2 – 3 łyżki jasnego cukru trzcinowego muscovado

Dodatki: śmietanka roślinna, mleko roślinne, syrop kokosowy, syrop klonowy, suszone morele, prażone orzechy, chipsy kokosowe i inne typowe dodatki do owsianki.

 

Syrop kokosowy do kupienia w sklepie www.ekobuszmenka.pl (klik)

(bezpieczne słodzenie – ma bardzo niski indeks glikemiczny (ig) = 35!)

 

Ta potrawa jest bardzo prosta w przygotowaniu.

  1. Do garnka wrzucamy dziki ryż, dodajemy wodę, zagotowujemy na dużym ogniu, następnie zmniejszamy ogień i na małym ogniu gotujemy przez 60 minut od momentu zagotowania się wody. Zestawiamy z ognia, odcedzamy, ale wody nie wylewamy, może być nam jeszcze potrzebna.
  2. W międzyczasie przygotowujemy świeży sok jabłkowy. Jabłka myjemy, kroimy na ćwiartki, wyjmujemy gniazda nasienne, skórki nie obieramy. Przepuszczamy przez sokowirówkę, a następnie powstały sok wlewamy do garnka, dodając cynamon i cukier. Sok doprowadzamy do wrzenia i gotujemy 1 minutę. Odstawiamy na bok.
  3. W blenderze miksujemy ugotowany ryż z ugotowanym sokiem jabłkowym. Konsystencja naszego congee zależy od ilości soku/wody, którą dodamy. Możecie dać mniej soku i congee będzie bardzo gęste, jak na powyższym zdjęciu, lub dodać cały sok i wodę, w której ryż się gotował, i uzyskacie wtedy bardziej typową konsystencję congee – rzadką zupę ryżową.
  4. Nakładamy do miseczek i wrzucamy ulubione dodatki, a następnie delektujemy się naszym porannym wzmacniającym congee :)

                                                                                                   

                                                                                                         With love, Mariola

 

……………………………………………………………………………………..………

Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka

ZdjęciaJacek Białołęcki; aranżacja potrawy i zdjęcia: Mariola Białołęcka

Copyright © 2015 by Jacek Białołęcki & Mariola Białołęcka | All Rights Reserved

 

Wegańskie borrito

Boćwina

(Ta piękność na zdjęciu to boćwina z Cedrów Wielkich – prosto z pola)

 

Boćwina, botwina czy botwinka?

Wybornie umiał wędzić gęsi skrzydło

I po tatarsku zawijać kołduny -
Król perski, który płacił złota minę
Za każdą nową rzecz, to za boćwinę

Dałby dwie. – O boćwino!

                 Juliusz Słowacki, Beniowski

 

Boćwina choć obecnie mało popularna w Polsce, dawniej była bardzo ceniona i często pojawiała się na polskich stołach. Boćwina to inaczej „burak liściowy”, czyli najstarsza odmiana buraka, która była uprawiana już ok. 2000 lat p.n.e. Moja pochodzi prosto z ekologicznego gospodarstwa Pana Barczaka w Cedrach Wielkich. Pan Barczak regularnie przywozi do Trójmiasta wspaniałe, świeżo zerwane i certyfikowane produkty ekologiczne, warto zapoznać się z jego ofertą :)

Z boćwiną po raz pierwszy zetknęłam się, kiedy pracowaliśmy nad angielską wersją książki Joli Słomy i Mirka Trymbulaka „Nakarmić duszę” (To feed the soul) – z powodu … błędu w tłumaczeniu :) Książkę tłumaczyła na angielski bardzo dobra polska tłumaczka, która najwyraźniej z powodu pośpiechu użyła w jednym z przepisów, zawartych w tej książce („Buraczki z awokado i pistacjami”) słowo ‘beet greens’ zamiast słowa ‘beetroot’, co od razu zostało wychwycone przez redaktorkę z Londynu, rodowitą Brytyjkę, a ja dowiedziałam się przy okazji, jaka jest różnica pomiędzy burakiem liściastym a ćwikłowym :)

Boćwina, czyli burak liściasty, ma wielkie pomarszczone liście, przypominające mózg, i mięsiste, często szerokie łodygi (patrz zdjęcie powyżej), a jej korzeń jest niejadalny. Natomiast botwina to młode liście i korzenie buraka ćwikłowego. Te liście są gładkie i nieduże, a korzenie jadalne. To z botwiny – z liści i korzenia – przygotowujemy wiosną zupę botwinkę lub chłodnik latem. 

 

Liście boćwiny zawierają dużo łatwo przyswajalnego białka, potasu, żelaza, wapnia, prowitaminy A, witaminy B1, B2, C, kwasu foliowego i błonnika. Boćwinę zaleca się diabetykom, ponieważ zawiera ona węglowodany złożone, a także osobom w stresie, kobietom w ciąży i osobom odchudzającym się. A ponieważ jej liście przypominają ludzki mózg, korzystnie wpływa ona także na nasz mózg i procesy myślowe, dlatego warto ją jeść w sytuacjach wzmożonego wysiłku intelektualnego. Polecam zwłaszcza studentom :)

Piękna boćwina od Pana Barczaka zainspirowała mnie do stworzenia kilku przepisów. Kiedy zobaczyłam te olbrzymie (niektóre mają nawet 40 cm długości!), malarskie liście, od razu pomyślałam o liściach bananowca i potrawach, do których się ich używa. W liście boćwiny, podobnie jak w liście bananowca, można zawinąć różne warzywa, tofu, ugotowane strączkowe lub kasze z dodatkiem np. sera, a następnie gotować je na parze lub podpiekać na grillu. Liście te mogą także zastąpić pszenną tortillę, np. w burrito, czy też kapustę w gołąbkach.  

Borrito, czyli burrito z boćwiny, powinno zwłaszcza zainteresować osoby, które wybierają się na piknik, w dłuższą podróż samochodem lub szukają czegoś smacznego i świeżego, co mogą łatwo przygotować i wrzucić do lunch boxa. Świeże, soczyste liście boćwiny stanowią naturalną ochronę dla żywności w środku, która dzięki temu dłużej pozostaje świeża i smaczna. Moje borrito przygotowuje się szybko, jest pyszne dzięki lekko ostrym w smaku liściom boćwiny, majonezowi kokosowemu i tofu smażonym w panierce kokosowej. Enjoy :)

 Boćwina 2

 

SKŁADNIKI MOJEGO BORRITO :)

Na dwie porcje

1. Tofu smażone w kokosowej panierce

kostka tofu

kilka łyżek mąki kokosowej

kilka łyżek wiórków kokosowych

1 łyżka mąki ziemniaczanej

lub jajko

3 – 4 łyżki zimnej wody

olej kokosowy do smażenia

 

  1. Tofu kroimy wzdłuż na cztery części. Powstałe w ten sposób paluszki lekko ścieramy na tarce, żeby ich powierzchnia była chropowata.
  2. Do miski wrzucamy mąkę ziemniaczaną, wlewamy wodę, mieszamy. Powinniśmy uzyskać dość rzadką, płynną konsystencję. Do osobnych misek wrzucamy mąkę kokosową i wiórki kokosowe.
  3. Tofu obtaczamy w mące kokosowej, następnie w mące ziemniaczanej rozpuszczonej w wodzie i na koniec w wiórkach kokosowych. Smażymy na rozgrzanym oleju kokosowym po 2 minuty z każdej strony.

Uwagi!

  1. Mąkę ziemniaczaną trzeba za każdym razem zamieszać przed włożeniem tofu obtoczonego w mące kokosowej, powinna mieć płynną konsystencję, ale nie może być za rzadka, to kwestia wyczucia :) Jeśli za gęsta, trzeba dolać znów trochę wody.
  2. Jeśli kupujecie produkty sojowe, dotyczy to też miso, tamari i shoyu, starajcie się wybierać te z certyfikatem, organic, oznaczone jako Non Gmo. Niestety większość soi na świecie jest modyfikowana genetycznie.
  3. Zamiast mąki ziemniaczanej można użyć rozbełtanego jajka do panierowania tofu.

 

 2. Majonez kokosowy

Smaczny,  gęsty majonez, który nie zawiera nawet odrobiny jajek. Pasuje do pieczonych warzyw i sałatek. Polecam!

 

200 ml śmietanki sojowej

70 g koncentratu kokosowego,

rozdrobnionego

60 ml oleju kokosowego (e.v.),

rozpuszczonego i ostudzonego

80 ml oleju słonecznikowego,

tłoczonego na zimno

50 ml soku z cytryny

¼ łyżeczki soli

¼ łyżeczki pieprzu

 

 

  1. Śmietankę sojową wlewamy do pojemnika blendera. Dodajemy koncentrat kokosowy oraz sok z cytryny, miksujemy na średnich obrotach, aż składniki się połączą.

  2. Łączymy olej słonecznikowy z olejem kokosowym i zaczynamy wlewać je cienką stróżką do blendera, przez cały czas miksując masę na średnich obrotach –  aż do wyczerpania ilości. Jeśli blender się blokuje, trzeba go wyłączyć, zamieszać masę i dalej miksować. Na koniec doprawiamy majonez do smaku pieprzem oraz solą i przekładamy do słoiczka z nakrętką. Wstawiamy do lodówki na 1 – 2 godziny, żeby smaki się wymieszały i żeby majonez zgęstniał. 

 

Warianty

 

  1. Masę można zmiksować z jedną łyżeczką świeżo utartego korzenia imbiru.

  2. Do miksowania dodajemy 1 zmiażdżony ząbek czosnku lub 1 łyżkę posiekanego szczypiorku dymki lub świeże zioła.

 Uwaga! Przepis na majonez kokosowy pochodzi z mojej książki „Zaskakujący kokos i jego uzdrawiające właściwości”. Tu więcej informacji o książce :)

 

 

BORRITO – łączymy składniki

Dwa duże liście boćwiny

 

  1. Duży liść boćwiny płuczemy i osuszamy (Liść można też wrzucić na kilka sekund do wrzątku, ale ja wolę go jeść na surowo, ma ciekawszy smak. Jednak, jeśli chcemy przygotowywać tę potrawę regularnie, powinniśmy liść boćwiny sparzyć, ponieważ zawiera ona,  podobnie jak szpinak, kwas szczawiowy. Nie zaleca się jedzenia na surowo dużej ilości produktów zawierających kwas szczawiowy). Obcinamy łodygę i wycinamy/ścinamy najgrubszą część nerwu. Łodygę kroimy wzdłuż na mniejsze kawałki i wrzucamy na dwie minuty do wrzątku, można też użyć surowej.

  2. Na liść nakładamy ugotowaną łodygę, kawałki warzyw, surowych lub ugotowanych, zioła, przyprawy – ja dodaję ogórek, posiekany szczypiorek, świeżą cebulkę, bazylię, sól i pieprz. Na to wrzucamy majonez i kawałki tofu. Zawijamy liść wokół nadzienia, podobnie jakbyśmy przygotowywali gołąbki, a następnie spinamy drewnianą wykałaczką, jeśli jest to potrzebne, i nasze borrito jest gotowe! Podobnie postępujemy z każdym kolejnym liściem. Prawdziwe pyszności na ulubioną wycieczkę lub do ulubionej pracy :)

 Boćwina 3

 

Boćwina 5

(Czyż nie wygląda interesująco?)

Boćwina 4

(Mniam!)

 LOVE,

                            Mariola

………………………………………………………………………………………………….

Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka

Zdjęcia – aranżacja i wykonanie: Mariola Białołęcka

Copyright © 2014 by Mariola Białołęcka | All Rights Reserved

P.S. Materiał o boćwinie między innymi na podstawie strony: www.naturaity.pl

Wegańskie crème brûlée Marioli

krem

Dziś jeden z moich ulubionych przepisów, który jest kontynuacją pomysłów z książki „Zaskakujący kokos i jego uzdrawiające właściwości. W przepisie tym wykorzystuję olej kokosowy organic, tłoczony na zimno. Olej ten jako esencja kokosa ma najwięcej właściwości leczniczych. Jeśli chcemy go stosować terapeutycznie, powinien pochodzić z kontrolowanych upraw biologicznych (organic) i być tłoczony w taki sposób, żeby jego temperatura w żadnym momencie nie przekroczyła 50°C. Musicie go koniecznie wypróbować, ma wyjątkowy smak i wzmacnia energię, a także krew.

Dzisiejsza potrawa to jeden z pomysłów, jak w prosty i smaczny sposób wprowadzić więcej oleju kokosowego do naszego życia. Nazwałam ją crème brûlée ze względu na warstwę czekolady pokrywającą krem, która kruszy się pod łyżeczką podobnie jak warstwa skarmelizowanego cukru, wydobywając puszyste, rozpływające się w ustach nadzienie. Dodatkowo wierzch posypałam rozdrobnionym zastygniętym karmelem, który ciekawie podkreśla smak czekolady. Mus jest mocno czekoladowy, przepyszny i ma zdrowotne właściwości!

A moja „kokosowa”  książka jest już dostępna w Kuchniach Świata, właśnie negocjujemy warunki ciekawej promocji, mam nadzieję, że już jutro będę mogła przekazać Wam więcej szczegółów na ten temat, a tymczasem zapraszam na przepis :)

 

WEGAŃSKIE CRÈME BRÛLÉE MARIOLI

Rodzaj posiłku: deser

Podajemy z: karmelem i/lub bitą śmietanką kokosową

Wegetariański: tak

Wegański: tak, jeśli użyjemy wegańskiej czekolady

Bezglutenowy: tak

Pięć Przemian: wzmacnia energię, rozgrzewa

Ilość porcji: 2 – 4

Składniki: śmietanka sojowa, olej kokosowy, czekolada wegańska, cukier trzcinowy, esencja waniliowa

 Krem z góry

Przepis

200 ml śmietanki sojowej (Sojasun)

3 łyżki oleju kokosowego organic, tłoczonego na zimno i rozpuszczonego

1 łyżka cukru trzcinowego zmielonego na puder

100 g czekolady 60 – 70% wegańskiej (może być Wedel)

1 łyżeczka esencji waniliowej bez alkoholu

1 łyżka oleju kokosowego organic, tłoczonego na zimno i rozpuszczonego

 

  1. Wstawiamy śmietankę sojową do lodówki przynajmniej na 1 godzinę, a do zamrażarki wstawiamy na 15 minut miskę, w której będziemy ubijać śmietankę.
  2. Wlewamy śmietankę do schłodzonej miski, dodajemy 1 łyżkę cukru pudru trzcinowego i ubijamy przez 4 minuty. Zaczynamy od wolnych obrotów, sukcesywnie je zwiększając.
  3. Kiedy śmietanka jest gotowa, do rondla wrzucamy olej kokosowy i rozpuszczamy go, lekko podgrzewając rondel. Kiedy się rozpuści, sprawdzamy, czy mamy 3 łyżki oleju kokosowego. Zazwyczaj 3 płaskie łyżki zbitego oleju kokosowego dają 3 łyżki rozpuszczonego oleju. Olej podgrzewamy bardzo krótko, żeby nie podgrzał się powyżej50°C. Najlepiej sprawdzić temperaturę za pomocą termometru, np. do herbaty.
  4. Do rozpuszczonego ciepłego oleju wrzucamy ¾ tabliczki czekolady (70 g), połamanej na mniejsze kawałki, i rozpuszczamy ją w oleju, a następnie studzimy olej z czekoladą do momentu, kiedy będzie już tylko lekko ciepły i dodajemy esencję waniliową.
  5. Wlewamy powoli olej z czekoladą do ubitej śmietanki kokosowej, równocześnie ubijając całość. Staramy się nie ubijać za długo, żeby masa nie „siadła”. Kiedy już śmietanka nabierze czekoladowego koloru, przestajemy ubijać i przekładamy do miseczek do crème brûlée.
  6. Wstawiamy do lodówki na co najmniej dwie godziny, żeby mus stężał, a następnie rozpuszczamy w rondlu 1 łyżkę oleju kokosowego i 15 g czekolady. Studzimy i polewamy jak najcieńszą warstwą zastygnięty mus. Jeśli masa jest za gęsta, dodajemy więcej oleju kokosowego (1 – 2 łyżeczki).
  7. Podajemy z ubitą śmietanką kokosową lub z rozdrobnionym karmelem z cukru trzcinowego, ewentualnie dekorując drobno posiekaną pozostałą czekoladą (15 g).

 

KARMEL 

2 łyżki cukru trzcinowego

2 łyżki gorącej wody

 

  1. Wrzucamy cukier na patelnię (małą), wlewamy wodę. Gotujemy do momentu, aż na powierzchni wody z cukrem zaczną tworzyć się dość duże bąble i masa zacznie gęstnieć (ok. 1 – 2 minuty).
  2. Wylewamy syrop na papier do pieczenia i czekamy, aż zastygnie. Kiedy to nastąpi, odrywamy od papieru i drobno siekamy nożem. Taki karmelowy cukier może też być podstawą do granity.

Wspaniałe czekoladowe crème brûlée, aż trudno uwierzyć, że nie ma w nim śmietany kremówki ani jajek. Enjoy!

………………………………………………………………………………………………….

Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka

Zdjęcia – aranżacja i wykonanie: Mariola Białołęcka

Copyright © 2014 by Mariola Białołęcka | All Rights Reserved

 

Aromatyczny pasztecik gryczano-kokosowy

Pasztecik

Moja książka „Zaskakujący kokos i jego uzdrawiające właściwości” jest już dostępna!!! Ma przyjazny format, jest lekka, chodzę z nią po domu i nie mogę się nacieszyć :) Na razie przez cały czas realizujemy zamówienia (temat się spodobał :) i jestem w związku z tym w Gdańsku, ale już wkrótce wybiorę się w parę miejsc, żeby ją promować. Będę Was na bieżąco informować, co, gdzie i kiedy się wydarzy :) Kokos jest cudowny! Chciałabym kiedyś odwiedzić tzw. „zagłębie kokosowe”, czyli Melanezję, Indonezję i Filipiny, a przynajmniej jedną z tych wyspiarskich krain. Nie wiem, czy wiecie, ale Archipelag Filipiński składa się z ponad 7000 wysp :) Nie da się więc zobaczyć ich wszystkich, ale chciałabym przynajmniej odwiedzić ich stolicę – Manilę, położoną na największej wyspie w Archipelagu, czyli Luzon. Zachęcam do zapoznania się z książką, kokos jest wartościowym produktem, a przepisy są domowe, a nie egzotyczne. Dla Czytelników bloga przygotujemy w przyszłym tygodniu ciekawą promocję i konkursy, zapraszam :)

A dziś jeden z przepisów, który nie wszedł do książki, ponieważ już nie zdążyłam go dopracować –  „Pasztecik gryczano-kokosowy”. W jego skład wchodzi między innymi cebulka duszona z dodatkiem octu balsamicznego. Musicie tego spróbować! Ten lekko kwaśny, przyjemny smak długo jeszcze z nami zostaje. Cebulkę można wykorzystać jako dodatek do wielu potraw, jest smakowita i razem z kolendrą nadaje charakter temu pasztecikowi. Enjoy!

 

PASZTECIK GRYCZANO-KOKOSOWY

Rodzaj posiłku: jako dodatek do pieczywa, nadzienie do naleśników, pierogów

Podajemy z: chrzanem, musztardą

Wegetariański: tak

Wegański: tak

Bezglutenowy: tak

Pięć Przemian: wzmacnia energię, działanie neutralne

Ilość porcji: kilka

Składniki: olej do smażenia, żółta cebula, cukier trzcinowy, liść laurowy, ocet balsamiczny, sos sojowy, chrzan, pieprz, sól, sok z cytryny, kasza gryczana,

 

Pasztecik 2

500 g żółtej cebuli

2 – 3 łyżki oleju do smażenia (może być z kokosa)

2 łyżki octu balsamicznego z Modeny

1 łyżeczka cukru trzcinowego lub melasy

1 duży liść laurowy 

sól i pieprz do smaku

1 łyżeczka zmielonych nasion kolendry lub kminku

4 łyżki oleju kokosowego ekstra virgin, rozpuszczonego

1 łyżeczka chrzanu

1 łyżeczka ciemnego sosu sojowego

1 – 2 łyżeczki soku z cytryny

1 łyżeczka octu balsamicznego

 

200 g kaszy gryczanej

500 ml wody

 

  1. Cebule obieramy, kroimy na pół, a następnie w plasterki. Rozgrzewamy olej w rondlu z grubym dnem. Wrzucamy cebulę, smażymy przez dwie minuty na dużym ogniu, przez cały czas mieszając. Dodajemy cukier, pieprz, liść laurowy, sól i ocet balsamiczny. Mieszamy, przykrywamy rondel, zmniejszamy ogień i dusimy pod przykryciem na małym ogniu przez 40 minut. Zdejmujemy z ognia, przekładamy do miski i odstawiamy na bok.
  2. W międzyczasie gotujemy kaszę gryczaną i miksujemy zgodnie z instrukcją, która znajduje się poniżej.
  3. Do przestudzonej kaszy, wrzucamy 1/3 uduszonej cebuli, kolendrę, dodajemy olej kokosowy, chrzan, sos sojowy, sok z cytryny, ocet balsamiczny       (1 łyżeczka), miksujemy, aż składniki się połączą. Przekładamy do miski.
  4. Wrzucamy resztę cebuli, zostawiając 2 – 3 łyżki do ozdobienia paszteciku, mieszamy i ewentualnie doprawiamy do smaku pieprzemsolą, i sokiem z cytryny.
  5. Przekładamy do zamykanego słoiczka, kładąc na wierzch resztę cebuli i wstawiamy do lodówki, żeby pasztecik stężał. Dodatkowo można polać po wierzchu 1 łyżką rozpuszczonego oleju kokosowego.
  6. Podajemy do chleba, polecam tu zwłaszcza płaskie chlebki, typu lawasz czy tortilla, a także możemy użyć jako nadzienia do cienkich naleśników typu crepes oraz pierogów, itp.

 

Kanapka z pasztecikiem 2

 Gotowanie i miksowanie kaszy gryczanej

  1. Kaszę gryczaną wrzucamy do garnka i wlewamy gorącą wodę. Zagotowujemy  pod przykryciem na dużym ogniu. Kiedy woda zaczyna wrzeć, odkrywamy garnek i gotujemy przez 20 sekund na dużym ogniu, żeby część wody wyparowała. Następnie zmniejszamy ogień, garnek ponownie przykrywamy i gotujemy przez  20 minut.
  2. Po ugotowaniu kaszę studzimy przez 5 minut i przekładamy do pojemnika malaksera. Miksujemy, aż masa będzie jednolita i zacznie zbijać się w kulę. Rozdrabniamy ją ponownie i jeszcze przez chwilę miksujemy, następnie przekładamy do miski, studzimy i dodajemy do potraw w zależności od przepisu. 

Uwagi

Oleju kokosowego ekstra virgin najlepiej nie podgrzewać powyżej 50°C, gdyż wtedy traci on część swoich wartości, w tym enzymów (ale oczywiście poziom kwasu laurynowego i kaprylowego nie zmniejsza się pod wpływem wysokiej temperatury, dlatego można też używać ten olej do gotowania potraw). Na szczęście rozpuszcza się on już w temperaturze trochę powyżej 25°C, dlatego latem w upały najłatwiej można rozpoznać, czy kupiliśmy olej dobry gatunkowo – zostawiony w kuchni będzie miał płynną formę. Podgrzewamy więc olej ostrożnie w rondlu, nie dopuszczając do jego przegrzania (wystarczy podgrzać przez chwilę, kiedy widzimy, że zaczyna się topić, zestawiamy rondel z ognia, a reszta sama się rozpuści), studzimy trochę, a następnie wlewamy do potrawy.

                                                                  MUCH LOVE!!!

                                                                                    Mariola

………………………………………………………………………………………………

Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka

Zdjęcia – aranżacja i wykonanie: Mariola Białołęcka

Copyright © 2014 by Mariola Białołęcka | All Rights Reserved

 

Zaskakujący kokos

Kokos okładka

Mam wielką przyjemność poinformować Was, że moja książka „Zaskakujący kokos i jego uzdrawiające właściwości” powinna dotrzeć do nas z drukarni pod koniec przyszłego tygodnia :) Praca nad książką i regularne spożywanie oleju kokosowego, a także innych produktów pochodzących z kokosa, zdecydowanie odmieniły moje życie :) Więcej na ten temat piszę w książce, ale w skrócie powiem Wam, że bardzo szybko pozbyłam się anemii i mój organizm zaczął wracać do równowagi. Na początku nie wierzyłam w cudowne właściwości kokosa, wydawało mi się to wszystko mocno naciągane. A to dlatego, że tak jak większości z nas w tym  kręgu kulturowym, kokos kojarzył mi się głównie z wiórkami kokosowymi.

Jednak to się zmieniło, kiedy zaczęłam chorować, a ilość moich czerwonych ciałek zaczęła szybko spadać w dół. Nie pozostało mi nic innego, jak równie szybko znależć jakieś dobre rozwiązanie :) Przypomniałam sobie wówczas z kursów Pięciu Przemian, że jednym z produktów wzmacniających krew jest kokos. Chciałam dowiedzieć się więcej i zaczęłam przeglądać internet. W ten sposób trafiłam na informacje o oleju kokosowym. Wiele osób w sieci wychwala kokos pod niebiosa! :) Obawiałam się jednak, że to może być tylko sprytny chwyt reklamowy. Jak wiecie, specjaliści od marketingu często przedstawiają informacje w sposób przesadzony, żeby osiągnąć określone cele, dlatego zazwyczaj podchodzę do nowych tematów z dużą ostrożnością. Biorąc jednak pod uwagę Pięć Przemian, postanowiłam zaryzykować i nie pomyliłam się. Badanie krwi już po miesiącu pokazało mi, że było warto. Anemia należała do przeszłości, a ponadto zmniejszyła się ilość białych ciałek krwi, czyli zmniejszył się stan zapalny w organizmie – klasyczny przykład, jak kokos oddziałuje na nasze ciało.

Na naszych oczach tworzy się nowy styl życia, a kokos jest jego istotnym elementem :) Osobiście nie wyobrażam już sobie inaczej, olej kokosowy, mąka kokosowa i mleko kokosowe to produkty, który muszę mieć w domu zawsze! :) Olej kokosowy dodaję praktycznie do wszystkiego, nadaje on potrawom ciekawy smak i uszlachetnia ich konsystencję. Mąka kokosowa to wspaniały składnik ciast, ciastek i deserów i chociaż nie należy do produktów tanich, nie stanowi to aż tak dużego problemu, ponieważ dodaje się ją do potraw w niedużej ilości. Poza tym nie da się zjeść zbyt dużo takich słodkości ze względu na sporą zawartość błonnika w mące (40%), który sprawia, że szybko stajemy się nasyceni. Wiórkami kokosowymi (raw – więcej w książce) posypuję kanapki, sałatki, zupy (dodając równocześnie hemp), a z mleka kokosowego przyrządzam jogurty (przepisy w książce). Kokos to wspaniały owoc, na którym nie można się zawieść!

Olej kokosowy sprawił, że wróciła moja energia i chęć do życia. Klarowniej mi się myśli, czuję się lepiej ugruntowana, a moje ciało jest silniejsze i bardziej wytrzymałe. Nie ciągnie mnie do słodyczy!!! :) , a ponadto nie przeziębiam się (tak samo moja rodzina), mamy wyraźnie zwiększoną odporność. W książce wyjaśniam, dlaczego tak się dzieje, skąd biorą się wszystkie właściwości oleju kokosowego i dlaczego warto regularnie go używać. Omawiam też różne produkty pochodzące z kokosa, pokazując, jak wybrać te najbardziej wartościowe, w tym ciekawe informacje o mleku kokosowym i oleju kokosowym.

 Murzynek kokosowy

W książce znajdziecie ponad 50 przepisów, opartych na różnych produktach, pochodzących z kokosa, czyli oleju kokosowym, mące kokosowej, mleku kokosowym, koncentracie kokosowym (creamed coconut), wiórkach i innych. Przepisy są wegetariańsko-wegańskie, bezmleczne (poza jednym, gdzie dodaję serek mascarpone, ale można też przygotować tę potrawę bez mascarpone) i bezglutenowe. Potrawy są smaczne, domowe – nie są to dania egzotyczne! – zawierają produkty powszechnie dostępne, zależało mi na tym, żeby każdy mógł w domu je przygotować.

Polecam zwłaszcza różne smalczyki, masełka, twarożki, majonezy z dodatkiem oleju kokosowego, są rewelacyjne!!! A także jogurty na mleku kokosowym, różne słodkości bez pieczenia, szybkie w przygotowaniu, np. kremy, ciasta, itp.  Na szczególną uwagę zasługują też pieczone ciasta i ciastka zawierające mąkę kokosową, znalazłam tu parę rozwiązań, jak sprawić, żeby były bezglutenowe, puszyste i żeby nie były suche :)  

                                                       Zachęcam :) ))

……………………………………………………………………………………………………………………

Zdjęcia: Jacek Białołęcki

Aranżacja zdjęcia i potrawy: Mariola Białołęcka

Copyright © 2013 by Mariola Białołęcka & Jacek Białołęcki |All Rights Reserved