Nepal i pesto z modrej kapusty

Life is precious. Even though time is on your side, the fact is, time will never wait for you…

                                                                                     XVII Karmapa Thaye Dorje

http://mariolabialolecka.com/wp-content/uploads/2015/05/stupa2.jpg

(Słynna Stupa Swayambhu – Kathmandu, Nepal)

Jeśli chcesz coś zrobić, zrób to teraz, jutro możesz już nie mieć możliwości. Przez wiele lat wybierałam się do Kathmandu, żeby zobaczyć Stupę Swayambhu i odwiedzić klasztory znanych mi Rinpocze (rinpocze to w buddyzmie osoba zaawansowana na ścieżce duchowego rozwoju, cenna dla medytujących). Warunki jednak nigdy się nie złożyły, a ja im też nie pomogłam, chociaż byłam całkiem blisko, w stolicy Indii, Delhi. A teraz już nie jest to możliwe, owszem za kilka lat, może więcej, Kathmandu zostanie odbudowane, ale pewne struktury już zostały zmienione. To, co się wydarzyło kilka dni temu w tamtej części świata, jest naprawdę przejmujące, tysiące osób straciło życie, a prawie milion domy. Zatrząsł się także Mount Everest, najwyższa góra świata, która zawsze wydawała się być tak bardzo niewzruszona w całym swoim majestacie. Blog kulinarny, który prowadzę, ma lżejszy charakter, zastanawiałam się więc, czy taki temat powinnam poruszać w tym miejscu, ale starając się być równocześnie osobą świadomą tego, co się wydarza na świecie, nie mogę udawać, że nic się nie stało, i jeść spokojnie bezglutenowe muffinki. Żyjemy w kulturze, która nie chce patrzeć w stronę zachodzącego słońca, a jednak przemijanie jest faktem, a takie wydarzenia, kiedy na naszych oczach rozpada się świat, który znamy i cenimy, wywołują w nas wiele smutnych refleksji. Znów z drugiej strony taka jest natura rzeczy, że wszystko przez cały czas się zmienia, nasze komórki, nasze myśli, przekonania i związki, dlatego moim zdaniem warto robić wszystko co najlepsze w danej chwili, angażować się w pełni, nie czekać na cud, działać, działać i jeszcze raz działać, nie oczekując, że efekty tych działań będą trwać wiecznie (chociaż przecież może tak się zdarzyć).

Nepal został mocno zniszczony, a zamieszkujący go ludzie potrzebują teraz dosłownie wszystkiego – najbardziej jedzenia i czystej wody. Jeśli ktoś chciałby wesprzeć finansowo Nepalczyków i pomóc w odbudowie tego cennego kawałka świata, może zrobić to przez różne znane organizacje, polskie czy też światowe. Informacje na ten temat dostępne są w internecie, jest tego sporo, co chwila coś do mnie dociera na maila lub na moje osobiste konto na facebooku. Ja wybieram znaną mi organizację: International Medical Corps, założoną w 1981 roku i polecaną przez XVII Karmapę Thaye Dorje – więcej informacji pod tym linkiem:

https://internationalmedicalcorps.org/nepal-earthquake

Liczy się czas…

Dzisiejszy przepis – „Pesto z modrej kapusty” – dedykuję Nepalczykom, chociaż nie powstał on w związku z tymi wydarzeniami, życząc im równocześnie, żeby znaleźli szybko pomoc w postaci żywności, wody i lekarstw.

 

……………………………………………………………………………………………………………………….. 

PESTO Z MODREJ KAPUSTY

Pesto z modrej kapusty

 

Modra kapusta to znana nam wszystkim czerwona kapusta, która mimo nazwy nie jest czerwona tylko fioletowo-biała, a po ugotowaniu staje się bardziej wrzosowa. Kolor modrej kapusty świadczy o tym, że zawiera ona dużą ilość przeciwutleniaczy i że są one alkalizujące. Według WHO ostatnie badania pokazują, że 100 g czerwonej kapusty dostarcza nam 196 miligramów polifenoli, z czego 28,3 gramy stanowią antocyjany. Dla porównania bardziej popularna u nas biała kapusta zawiera tylko 45 miligramów polifenoli, z czego antocyjany to tylko 0.01 miligrama.  Antocyjany to bardzo wyspecjalizowana grupa polifenoli. Chronią nas one (antocyjany) zwłaszcza przed promieniowaniem UV – badacze odkryli, że najwięcej antocyjanów zawierają rośliny górskie, które są najbardziej wystawione na działanie promieni UV. Im więcej antocyjanów zawiera roślina, tym bardziej fioletowy aż do czarnego jest jej kolor i tym większe są jej właściwości przeciwutleniające. A to dla nas oznacza większą  ochronę przed wolnymi rodnikami, zdrowsze ciało i młodszy wygląd. Jedzmy więc naszą „fioletową” kapustę, zwłaszcza kiedy wybieramy się na wycieczkę w góry lub zamierzamy spędzić dzień na plaży. Czerwona kapusta jest też wyjątkowo cennym źródłem witaminy C (6-8 razy więcej niż biała kapusta), a także witaminy K i B6 oraz błonnika. Regularne jej spożywanie pomaga zmniejszyć stany zapalne w organizmie i chroni nas przed przedwczesnym starzeniem się. Kapusta ta ma działanie przeciwmiażdżycowe, przeciwnowotworowe i przeciwalergiczne,  chroni nasz wzrok i układ sercowo-naczyniowy. W skali ORAC znajduje się wyżej niż biała kapusta, włoska lub chińska, a także wyżej niż większość gatunków jabłek, butelkowany sok z grapefruita, szparagi, kiełki rzodkiewki czy brokuły, właśnie z tego powodu, że zawiera większą niż one ilość antyoksydantów.

 

Nic zatem dziwnego, że kapusta modra znalazła swoje miejsce w moim sercu i na moim stole. Wkrótce podzielę się z Wami kolejnymi przepisami :)

 

Pesto z modrej kapusty 2

Potrzebujemy

 

2 łyżki, lekko czubate, oleju kokosowego

700 g czerwonej kapusty (głąb usunięty), pokrojonej w kostkę o boku ok. 1 –2 cm

110 g orzechów brazylijskich

60 g moreli suszonych na słońcu

1 duży liść laurowy

1 łyżeczka ziaren kolendry

1 łyżeczka ziaren kminu rzymskiego

1 łyżeczka suszonych ziół prowansalskich lub suszonego tymianku

1 łyżeczka różowej soli himalajskiej

250 ml wody

180 ml świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego

¼ łyżeczki świeżo otartej skórki pomarańczowej

2 łyżki oleju z orzechów włoskich

2 czubate łyżki posiekanego szczypiorku dymki

1 łyżeczka sosu sojowego (opcja)

1 łyżeczka świeżo wyciśniętego soku z cytryny (opcja)

 

Kiedy wszystkie składniki są już przygotowane: zważone, odmierzone, rozdrobnione, możemy zacząć działać.

 

  1. Olej kokosowy rozgrzewamy w szerokim rondlu, na dużym ogniu, i wrzucamy pokrojoną w kostkę czerwoną kapustę, mieszając krótko podsmażamy i wrzucamy po kolei: orzechy, morele, liść laurowy, nasiona kolendry, nasiona kminu i zioła prowansalskie. Ponownie mieszając, krótko podsmażamy (ok. 1 – 2 minuty).

  2. Wlewamy wodę, wrzucamy sól himalajską, wlewamy sok pomarańczowy i dodajemy skórkę pomarańczową. Doprowadzamy do wrzenia, przykrywamy rondel, zmniejszamy ogień i na małym ogniu gotujemy przez 25 minut.

  3. Zdejmujemy pokrywkę i gotujemy jeszcze przez 5 minut, żeby część płynu wyparowała. Zestawiamy z ognia, odsączamy dokładnie na sicie (płynu z gotowania nie wylewamy, może on być dobrą bazą do różnych sosów – ma wspaniały smak) i studzimy przez 5 minut.

  4. Wrzucamy do pojemnika malaksera (można też inaczej zmiksować), dodajemy 2 łyżki oleju z orzechów włoskich, 2 łyżki szczypiorku. Ewentualnie można doprawić do smaku 1 łyżeczką dobrego gatunkowo sosu sojowego i 1 łyżeczką soku z cytryny. Miksujemy (niezbyt dokładnie), aż powstanie w miarę jednolita masa.

 

 

Uwagi

 

Jeśli chodzi o to pesto, ważne jest to, jak zmielimy składniki, ja nie robię tego zbyt dokładnie, lubię poczuć kawałki orzechów i od czasu do czasu lekko trzaskającą pod zębami kolendrę. Jeśli jednak wolicie bardziej gładką konsystencję, miksujcie dłużej i dodajcie zmieloną kolendrę oraz kmin rzymski.

 

Pesto z modrej kapusty jest wyjątkowo smaczne, może stanowić dodatek do makaronu lub stać się pyszną pastą na kanapki. Enjoy!

 

                                                                            Wasza,

                                                                                                             Mariola

 

P.S. Zapomniałam jeszcze dodać, że jeśli zachowacie zaproponowaną przeze mnie kolejność składników, otrzymacie potrawę przygotowaną  według Pięciu Przemian :)

.……………………………………………………………………………………..……………………………

Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka

ZdjęciaJacek Białołęcki; aranżacja potrawy i zdjęcia: Mariola Białołęcka

Zdjęcie Stupy Swayambhu pobrane z: ” Free Image via Photober.com

Copyright © 2015 by Jacek Białołęcki & Mariola Białołęcka | All Rights Reserved

 

Bezglutenowe muffinki z chia i kaszą kukurydzianą

Muffiny bezglutenowe i wegańskie – nie zawierają jajek, krowiego mleka, białej mąki i białego cukru!

Muffinki chia 2

Jeszcze kilkanaście lat temu, kiedy ktoś mówił w Polsce, że jest wegetarianinem, wywoływał tym dużą konsternację, zwłaszcza jeśli był zaproszony na obiad. W naszym środowisku wegetarianami najpierw zostali Jola i Mirek (Trymbulakowie). Kiedy byli do mnie zaproszeni, kończyło się za każdym razem długim omawianiem potraw przez telefon,  co może się w nich znaleźć, a czego muszę unikać, zwłaszcza że ze względu na medytacje nie jedli także innych produktów, np. jajek, czosnku i cebuli. W zasadzie ich dieta była po części wegańska, ale tego słowa w Polsce w tym czasie prawie nikt nie znał, a jeśli nawet usłyszał i tak do końca nie rozumiał. Nawyk przygotowywania potraw w określony sposób był tak silny, że ludzie nie wyobrażali sobie na przykład, że można upiec ciasto, nie dodając do niego jajek. Książka Joli i Mirka „Nakarmić duszę”, którą wydałam w moim wydawnictwie, zaczęła powoli te wyobrażenia zmieniać. (Oczywiście wcześniej były już na rynku książki na temat wegetarianizmu, np. Grodeckiej, ale z tego co wiem od naszych Czytelników, dopiero nasza książka upowszechniła tę tematykę, być może ze względu na ciekawą formę i spory rozgłos, i chyba jako pierwsza pokazała potrawy wegańskie – jeśli ktoś ma inne informacje, prosiłabym, żeby się ze mną podzielił :)

Jednak przygotowując kilka lat później angielską wersję tej książki – „To Feed the Soul”, dopiero tak naprawdę poznaliśmy weganizm. Chociaż „Nakarmić duszę” było w Polsce książką nowatorską, okazało się, że Anglicy są już dalej, tak więc wiele przepisów musieliśmy opracować ponownie, żeby były wegańskie. Ja w zasadzie jadłam wówczas głównie tofu i warzywa, a mleko roślinne dodawałam prawie do wszystkiego, bo właśnie jedzenie roślinne najbardziej mi pasowało, miałam to chyba w genach, ponieważ jedna z sióstr mojej babki ze strony matki była wegetarianką. Ale Londyn naprawdę mnie wtedy zaskoczył. Przy okazji publikacji tej książki wyjeżdżaliśmy często do Londynu –  jej promocja odbyła się w jednym z ekskluzywnych butików przy Westbourne Grove (Notting Hill), którego właściciel posiadał również wegetariańską restaurację przy słynnej Portobello Road. Często byliśmy tam gośćmi, ale też wzdłuż Westbourne Grove restauracje wegetariańskie i wegańskie wyrastały jak grzyby po deszczu. Wzdłuż całej ulicy było mnóstwo miejsc, gdzie można było zjeść potrawy bez jajek, sera, twarogu, mleka, a ich smak i konsystencja sprawiały, że nie miało się poczucia, że je się coś gorszego, jak uważała wówczas większość osób w Polsce, jedzących mięso. Pamiętam zwłaszcza jedno takie miejsce, gdzie można było zamówić kaczkę, kurczaka i wołowinę po chińsku, tylko że te potrawy były wegetariańskie, przyrządzone z odpowiednio spreparowanej soi. Było to jedno z najbardziej zaskakujących doświadczeń kulinarnych w moim życiu, to co jadłam, wyglądało jak mięso i smakowało jak mięso, próbowałam więc przekonać siebie, że to nie jest mięso. Jednak złudzenie, że je się mięso, było tak silne, że do końca nie byłam pewna, co tak naprawdę jem. Na przykład kaczka miała typową kaczą skórkę…

Jak to mówi Lama Ole: „Wszystko jest snem, więc wszystko jest możliwe” :)

Dziś mamy do dyspozycji różne rodzaje jedzenia i mnóstwo nowych technik i diet. Kiedy zapraszam gości, mam niezły orzech do zgryzienia. Jeden je tylko paleo, drugi tylko raw, inni są weganami, nie wspomnę już o tych, którzy są na diecie bezglutenowej lub po prostu mają alergie pokarmowe czy też nie tolerują niektórych produktów. I tak dobrze, że nie mieszkamy w USA, moja znajoma ze Stanów organizowała ostatnio urodziny swojego syna, każde z 11 zaproszonych  dzieci miało na coś innego alergię i w zasadzie była zmuszona przygotować oddzielne dania dla każdego  z tych dzieciaków – w rezultacie każde na wejściu dostawało swój własny ozdobny box z jedzeniem. Świat staje się coraz bardziej globalny, a nasze jedzenie coraz bardziej się indywidualizuje :)

Zresztą pamiętam pobyt w ośrodku medytacyjnym w San Francisco kilkanaście lat temu, już wtedy Amerykanie mieli niezliczoną ilość alergii. Pokój do medytacji musiał być sterylny, dywany były traktowane środkiem na roztocza, nie wolno było palić kadzideł i z tego co pamiętam w tym pomieszczeniu były tylko sztuczne kwiaty, wszystko to z powodu różnych alergii, na które już wtedy cierpiało wiele osób.

 

Jedzenie a przyjmowanie gości, czyli tybetańska gościnność

Jak się zachować w takiej sytuacji, kiedy mamy gości, a oni jedzą coś innego niż my? Zwłaszcza kiedy dotyczy to jedzenia lub nie potraw mięsnych. Ja u siebie w domu kieruję się tzw. tybetańską gościnnością, oznacza ona, że gość jest ważniejszy ode mnie, chciałabym, żeby ta osoba dobrze się u mnie czuła, więc jeśli je mięso, podaję jej mięso. Jeśli nie jemy mięsa i nie chcemy go sami przygotowywać, możemy do tego podejść na kilka sposobów. Jeśli to krótki pobyt, zaprośmy gości do restauracji, możemy też zamówić jedzenie do domu lub poprosić o przygotowanie potraw kogoś innego, możliwości jest wiele. Podstawowa zasada jest taka, że robimy wszystko, żeby nasi goście dobrze się u nas czuli. Weganom przygotowujemy wegańskie jedzenie, komuś, kto lubi surowe, robimy zielone smoothies (staram się nie pouczać gości, jak mają się odżywiać, ale i tak pewnie coś wtedy wspomnę o surowej żywności, zwłaszcza jeśli będzie to zima :) a jeśli wiemy, że ktoś ma alergię na orzechy, nie stawiamy w ogóle takich potraw na stole, żeby ktoś nie zjadł przez pomyłkę czegoś, co może mu zaszkodzić. Postaram się jeszcze kiedyś napisać, jak gotowałam super zdrowo dla pewnego tybetańskiego Rinpocze i co z tego wynikło :)

 Muffinki z chia 4

Dziś zapraszam na muffinki z kaszą kukurydzianą i nasionami chia. Te nasiona to ostatnio moja wielka obsesja :) dodaję je do wszystkiego, uwielbiam lekko chrupiącą, zwartą konsystencję wypieków, która powstaje po dodaniu chia, a także delikatną galaretowatość różnych puddingów, owsianek i kremów, które możemy przyrządzić na bazie chia. Do tego mają one właściwości lecznicze – leczą wyściółkę jelit, a więc są szczególnie wskazane dla osób, które cierpią na nietolerancję glutenu.

 

BEZGLUTENOWE MUFFINKI Z CHIA I KASZĄ KUKURYDZIANĄ

 

Rodzaj posiłku: śniadanie/brunch/lunch box/do popołudniowej kawy

Podajemy z: polewą czekoladową, bitą śmietanką, lodami, masłem i miodem (tylko że wtedy nie będą już wegańskie), masą ganache, itp. 

Wegetariański: tak 

Wegański: tak

Bezglutenowy: tak 

Pięć Przemian: działanie neutralne

Ilość porcji: 9 – 10 muffinek

 

Muffinki chia 3

 

Żeby przygotować te muffinki, będziemy potrzebować:

90 g moreli suszonych na słońcu

2 – 3 łyżki rodzynek

100 g mąki kokosowej

180 g kaszki kukurydzianej

2 łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody

½ łyżeczki zmielonego kardamonu

½ łyżeczki kurkumy

60 g oleju kokosowego

3 łyżki nasion chia

6 łyżek soku pomarańczowego

¼  szklanki drobno posiekanej, suszonej żurawiny

500 ml mleka sojowego lub kokosowego

(Jeśli ktoś woli bardziej słodki smak, może dodać

3 – 4 łyżki jasnego nierafinowanego cukru trzcinowego) 

 

Osobno

2 – 3 łyżki posiekanych orzechów i żurawiny

100 g gorzkiej czekolady i 1 łyżeczka oleju kokosowego (opcja)

 

  1. Morele wrzucamy do małej miski, zalewamy wrzątkiem, tak żeby woda tylko przykryła morele, i zostawiamy na 1 – 2 godziny do namoczenia.
  2. Rodzynki wrzucamy do osobnej miski, zalewamy wrzątkiem i zostawiamy do namoczenia na 1 – 2 godziny, tak jak morele.
  3. Kiedy morele są już namoczone, do osobnej miski wrzucamy mąkę kokosową, kaszę kukurydzianą, proszek do pieczenia, sodę, kardamon oraz kurkumę, mieszamy, żeby składniki dobrze się połączyły.
  4. Do jeszcze innej miseczki wrzucamy nasiona chia i wlewamy sok pomarańczowy, przez chwilę energicznie mieszamy składniki, a następnie zostawiamy na 5 – 10 minut, żeby chia napęczniały – po kilku/kilkunastu minutach utworzy się coś w rodzaju galaretki. Niektóre nasiona chia są bardziej suche i zanim wytworzy się galaretka, muszą poleżeć nawet kilkanaście minut. Jeśli po kilkunastu minutach nie wytworzy się coś w rodzaju galaretki – co może się zdarzyć – nie należy się tym przejmować, chia i tak spełnią swoje zadanie podczas pieczenia.
  5. Następnie rozpuszczamy olej kokosowy w małym rondelku i odstawiamy na bok do wystudzenia.
  6. Do pojemnika blendera lub do zwykłej, najlepiej wysokiej, miski (ja używam tutaj ręcznego blendera, żeby nie zbierać później tej masy ze ścianek i pokrywy malaksera, ale zróbcie tak, jak lubicie) wrzucamy namoczone i odsączone z wody morele, wlewamy 250 ml mleka i miksujemy do uzyskania gładkiej jednolitej emulsji, dodajemy chia i wystudzony olej kokosowy, miksujemy, aż składniki się połączą. Dodajemy resztę mleka (jeśli nie zmieści się wszystko w pojemniku, mleko możemy później dodać do mąki) i znów miksujemy.
  7. Teraz będzie nam potrzebny malakser, do jego pojemnika wrzucamy mąkę wymieszaną wcześniej z pozostałymi suchymi składnikami, przez chwilę miksujemy, to rozbije grudki, które tworzą się w mące kokosowej, a następnie wlewamy morele zmiksowane z mlekiem, kokosem oraz chia i wlewamy mleko, jeśli jeszcze zostało, miksujemy, aż wszystko się połączy i na koniec dodajemy posiekaną żurawinę i namoczone rodzynki, mieszamy.
  8. Przekładamy do foremek wysmarowanych olejem kokosowym i wysypanych mąką kukurydzianą – wierzch babeczek możemy posypać posiekanym orzechami i/lub suszoną żurawiną. Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do180°C, z włączonym termoobiegiem, przez 20 – 25 minut lub do momentu aż patyczek włożony w środek muffinka będzie suchy.
  9. Kiedy muffiny wystygną, możemy polać je rozpuszczoną czekoladą. W tym celu rozpuszczamy w rondlu olej kokosowy na małym ogniu,  wrzucamy połamaną na kawałki czekoladę i mieszając rozpuszczamy czekoladę w oleju kokosowym. Kiedy masa przestygnie, nakładamy ją na muffiny. Muffiny można przełożyć do lodówki, żeby polewa szybciej zastygła – ciekawy i smaczny dodatek do tych pysznych i zdrowych babeczek. 

                                                                    With love,

                                                                                            Mariola 

 

Muffinki z chia 5

 

.…………………………………………………………………………………………………

Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka

ZdjęciaJacek Białołęcki; aranżacja potrawy i zdjęcia: Mariola Białołęcka

Copyright © 2015 by Jacek Białołęcki & Mariola Białołęcka | All Rights Reserved

 

 

Gryczanka

Czyli coś w rodzaju owsianki z kaszy gryczanej :)  Odprężające danie śniadaniowe pełne antyoksydantów. Nie zawiera glutenu, laktozy i białego cukru! 

 

Gryczanka

Gryka, z której wytwarza się kaszę gryczaną, to ciekawe zjawisko w świecie roślin. Nie przepadają za nią szkodniki, więc do jej uprawy zazwyczaj nie stosuje się środków ochrony roślin. Nie wymaga ona też intensywnego nawożenia mineralnego, ponieważ świetnie sobie sama radzi i potrafi dobrze wykorzystać substancje pokarmowe zawarte w glebie. Co więcej, gryka nieźle się szarogęsi, tak bardzo się rozrasta, że zagłusza wszystkie chwasty i w związku z tym do jej uprawy często nie stosuje się środków do zwalczania chwastów. Tak więc kasza gryczana zawiera mniej szkodliwych dla człowieka substancji, nawet wówczas, kiedy nie jest eko :) Jako ciekawostkę podam, że spożycie 100 g kaszy gryczanej zaspokaja dzienne zapotrzebowanie człowieka na niezbędne do życia aminokwasy egzogenne. Więcej informacji o gryce i kaszy gryczanej znajdziecie w mojej książce „Zaskakująca kasza & ryż”. Dowiecie się na przykład z kim kasza ta jest spokrewniona, co jest dość zaskakujące. W książce między innymi takie wymyślone przeze mnie potrawy, jak „Krakersy z kaszy gryczanej”, „Bolognese z kaszy gryczanej”, „Gryczane brownie” i „Babka z kaszy gryczanej”, jak się okazało, doceniane przez wiele osób :) 

Gdybyście byli zainteresowani, książkę można tu zamawiać :)

Okładka

 

Pudding

(„Pudding z kaszy gryczanej” z mojej książki „Zaskakująca kasza & ryż”)

Dzisiejszy przepis to jeden z tych przepisów, którego nie udało mi się już zmieścić w wyżej wymienionej książce. Zamiast niego dałam pieczony „Pudding z kaszy gryczanej” (na zdjęciu powyżej).  Na moim stole ta gryczanka pojawia się wiosną i latem w cudownie leniwe sobotnio-niedzielne poranki, ponieważ jest bardzo odprężająca. Polecam zwłaszcza w upały, jej składniki są lekko ochładzające i nie tylko ochłodzą nasze ciało, ale też wyciszą emocje :)

Składniki tego przepisu zostały tak pomyślane, żebyśmy mogli wzmocnić wątrobę teraz już dobrze oczyszczoną :) Gryczanka ma przyjemny, lekko gorzkawy posmak – tak jak lubię – a to dlatego że dodałam do niej surowe kakao i sok grapefruitowy. Wszystko to oczywiście nieprzypadkowo, gorzki smak, nawet tak delikatny jak tu, pomaga naszej wątrobie wyprodukować więcej żółci, dzięki czemu żadna komórka tłuszczowa i nigdzie! się nie odłoży :)  

Surowe kakao to jeden z cudownych składników tej gryczanki, jest ono uważane za super żywność, w skali ORAC (Oxygen Radical Absorbance Capacity) ma wysoką pozycję z następującymi wartościami: 55,653 μ mol TE/100g, co oznacza, że ma dużą zdolność do wychwytywania z naszego organizmu wolnych rodników – jest świetnym antyoksydantem i źródłem wiecznej młodości :)

Zapraszam na przepis!

 

GRYCZANKA

 

Rodzaj posiłku: śniadanie

Podajemy zświeżo wyciśniętym sokiem z różowego grapefruita, jogurtem z dobroczynnymi bakteriami, miodem, gruszką, świeżymi owocami sezonowymi, granatami, prażonymi chipsami kokosowymi, wiórkami kokosowymi raw, ewent. cukrem trzcinowym nierafinowanym, orzechami, migdałami.

Wegetariański: tak 

Wegański: tak, jeśli nie dodamy miodu

Bezglutenowy: tak 

Pięć Przemian: działanie chłodzące

Ilość porcji: 2 – 3 

 Gryczanka 2

200 g kaszy gryczanej niepalonej

500 ml gorącej wody

1 łyżka surowego kakao (lub zwykłego)

1 łyżka nasion chia (do kupienia w sklepach ze zdrową żywnością)

3 łyżki świeżo wyciśniętego soku z różowego grapefruita

500 ml mleka sojowego lub mleka z orzechów cashew

(ostatecznie może być mleko migdałowe)

 

 

Dodatki

Do gryczanki dodaję: świeżo wyciśnięty sok z różowego grapefruita, jogurt z dobroczynnymi bakteriami naturalny lub smakowy, czasami mleko roślinne i miód (wzmacnia jelita), gruszkę lub świeże owoce sezonowe razem z granatami, prażone chipsy kokosowe, wiórki kokosowe raw, czasami trochę cukru trzcinowego nierafinowanego, ewentualnie orzechy, migdały.

 

  1. Do garnka wlewam gorącą wodę, wrzucam kaszę gryczaną i surowe kakao. Zagotowuję pod przykryciem, odkrywam na 20 sekund, ponownie przykrywam garnek i gotuję na małym ogniu przez 20 minut. Odkrywam, odstawiam na bok na 5 minut, żeby trochę przestygła.
  2. Kiedy kasza się gotuje, do małej miseczki wsypuję nasiona chia i wlewam sok z grapefruita. Przez chwilę energicznie mieszam, żeby nasiona połączyły się dobrze z sokiem i zostawiam na 5 – 10 minut, żeby napęczniały. Powinny na koniec utworzyć coś w rodzaju galaretki.
  3. Wrzucam ugotowaną i przestudzoną kaszę do pojemnika malaksera (można też inaczej zmiksować, ale ważna jest tutaj kolejność, najpierw miksujemy samą kaszę, a potem dopiero dodajemy pozostałe składniki) i miksuję na gładko. Następnie dodaję 250 ml mleka, wrzucam namoczone chia, miksuję i wlewam resztę mleka. Ponownie miksuję, aż do uzyskania gładkiej emulsji. Gryczankę można nakładać od razu do miseczek lub po 10 – 15 minutach, wówczas będzie miała jeszcze bardziej budyniową konsystencję.

 

Na koniec nakładam pozostałe składniki… jest cudowna, jem, delektuję się i czuję, jak coraz bardziej się odprężam :)

 

                                                    With love,

                                                              Mariola

 

.…………………………………………………………………………………………………

Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka

ZdjęciaJacek Białołęcki; aranżacja potrawy i zdjęcia: Mariola Białołęcka

Copyright © 2014 by Jacek Białołęcki & Mariola Białołęcka | All Rights Reserved

 

Napój zmieniający życie

Zawiera imbir, kurkumę, czarną rzepę i nasiona chia.

Wzmacnia żołądek, śledzionę, trzustkę, wątrobę, woreczek żółciowy i jelito grube!

 

napój 1

 (prawdziwe cudo, prawda?)

 

Oczyszczanie ciała i umysłu – ciąg dalszy…

Dziś chciałabym trochę więcej napisać o tym, jaki wpływ wywierają myśli i emocje na nasze ciało. Z pewnością słyszeliście  niejedną historię o wielkich medytujących? Prawie każda z nich to prezentacja możliwości naszego umysłu. Dobra wiadomość jest taka, że my również możemy mieć takie osiągnięcia, jeśli nauczymy się, jak z naszym umysłem codziennie pracować :) Jeśli ktoś zna na przykład historię życia Buddy, z pewnością wie też, że Budda, zanim został Buddą, był księciem, człowiekiem z krwi i kości! Wiele z powyższych historii udowadnia również, że umysł może wpływać na ciało i zmieniać jego parametry – często w szokujący sposób. Takie przypadki znane są nam też z doświadczeń zwykłych ludzi. Wszyscy znamy takie historie:  ludzie, którzy przeżywają wiele dni bez dostępu do wody i jedzenia, dziewięćdziesięciolatka wykonująca zaawansowane ewolucje na trapezie, matka podnosząca ciężarówkę, która przygniotła jej dziecko, i wiele, wiele innych…

Jednak ten sam umysł może też osłabiać ciało, to są te wszystkie negatywne emocje, którym na co dzień ulegamy: gniew, złość, uraza, chęć odwetu, żal, poczucie krzywdy. Kiedy przyjrzymy się ludowym przysłowiom, możemy zobaczyć, że na pewnym poziomie jest to dla nas zrozumiałe, te przysłowia tylko potwierdzają, że tak właśnie się dzieje: „leży mi to na wątrobie”, „mam ścisk żołądka”, „nie trawię go”, „zadałeś mi cios w plecy”, „cios prosto w serce”, „cios poniżej pasa”. Tych sformułowań używamy tak naprawdę, żeby pokazać, jak emocje wpływają na nasze ciało. Czyjeś słowa czy też działania wywołują w nas określone reakcje emocjonalne, a te reakcje wywołują określone zmiany w naszym ciele. Dlatego nie wystarczy raz na jakiś czas zrobić oczyszczenie ciała, chociaż jest to pomocne. Tak naprawdę sprawy trzeba załatwiać na bieżąco, żeby negatywne emocje nie pustoszyły naszych ciał i żeby negatywna energia, której są źródłem, nie kumulowała się w naszych narządach i tkankach, uszkadzając je. Oczywiście nie ma sytuacji idealnych, ale tego rodzaju dążenie powinno być stałym elementem naszej codziennej emocjonalno-psychicznej higieny :) Wyczyszczone emocje = zdrowe ciało. 

Jeśli coś ci „leży na wątrobie”, porozmawiaj z osobą, której to dotyczy, może uda się to łatwo wyjaśnić i okaże się, że ten smok wcale nie miał stu głów :) Przypomina mi się tutaj pewna anegdota, zresztą jedna z moich ulubionych. Mieszkało obok siebie dwóch mężczyzn, jednemu z nich zepsuł się sekator i nie mógł w związku z tym przyciąć żywopłotu, który za bardzo się rozrósł. Pomyślał, że w zasadzie mógłby pożyczyć ten sekator od sąsiada, ale nie był pewny, czy tamten się zgodzi, i zanim jeszcze się zapytał, już zaczął wymieniać mnóstwo powodów, dla których sąsiad z pewnością nie pożyczy mu tego sekatora, a było ich tak dużo, że kiedy zapukał w końcu do drzwi sąsiada i tamten stanął w progu, jedyna rzecz, jaką był w stanie powiedzieć, brzmiała: „ a wsadź sobie Pan ten sekator w…”  :) Często wyolbrzymiamy nasze problemy, także te z ludźmi, i często okazuje się, że ktoś się do nas nie uśmiechnął, nie dlatego że nas nie lubi, tylko właśnie się dowiedział, że jego ojciec jest bardzo chory. A my już odbieramy to zachowanie przeciwko sobie… Dlatego teraz, wiosną, warto to wszystko zweryfikować i odblokować przeciążoną wątrobę :)

Znów z drugiej strony to, co jemy, może także wywoływać w nas określone stany emocjonalne. Jeśli spożywasz produkty, które osłabiają twoje nerki, będziesz coraz częściej czuł lęk, jeśli osłabiasz serce, w twoim życiu będzie coraz więcej niejasności i coraz mniej radości. Jeśli pijesz dużo smoothies, zwłaszcza rano, jesz często surowe owoce i warzywa, będziesz ciągle rozpamiętywać wszystkie krzywdy, których doznałeś i wbrew pozorom będziesz niedożywiony, ponieważ w ten sposób osłabiasz narządy trawienne i nie są one w stanie pobierać składników odżywczych z pożywienia. Jakiś czas temu dowiedziałam się, że szeroko reklamowana i chętnie odwiedzana w Warszawie restauracja z żywnością raw została zamknięta po roku działalności. Nie było chętnych na surową żywność! Dla mnie jest to zrozumiałe :)

Dziś przygotowałam dla Was leczniczy napój, który powinno się pić wiosną codziennie przez dwa tygodnie, zaraz po obudzeniu się, żeby wzmocnić narządy trawienne. Dzięki niemu będziemy w stanie strawić prawie wszystko :) a także oczyścimy wątrobę. Jeśli ktoś jest przegrzany lub ma nadciśnienie, powinien zmniejszyć ilość imbiru lub w ogóle z niego zrezygnować. Zapomnijcie o zimnych smoothies z lodem na pusty żołądek i o jogurtach prosto z lodówki! Brr! Gorący napój z imbirem i czarną rzepą podgrzewa nasz trawienny „kociołek” i sprawia, że cały proces trawienia przebiega niezwykle skutecznie. Enjoy :)

Jak działają składniki tego napoju:

  1. Czarna rzepa, hei luo bo (po mandaryńsku), jest wyjątkowo skutecznym lekarstwem na wątrobę i woreczek żółciowy – to właśnie z czarnej rzepy produkuje się raphacholin. Czarna rzepa jest również cenionym lekarstwem w TCM, usuwa tzw. gorąco z wątroby i uwalnia ją z zastoju. Pomaga też w usuwaniu z organizmu toksyn i oswobadza krew z zastoju. Sok z czarnej rzepy, jak wykazały badania przeprowadzone przez Rosjan, jest nawet w stanie przywrócić równowagę tarczycy, niezależnie czy mamy niedoczynność tarczycy, czy nadczynność. Dzieje się tak za sprawą ważnego składnika czarnej rzepy tzw. rafaniny, która wzmacnia siły obronne naszego organizmu i ma bezpośredni wpływ na poziom hormonów tarczycy T3 i T4 – pomaga utrzymywać go w równowadze. Dodajmy jeszcze, że czarna rzepa jest bogatym źródłem potasu, magnezu, witaminy C, żelaza i siarki. 
  1. Imbir, świeży: sheng jiang (po mandaryńsku), zawiera gingerole, składniki o silnych właściwościach przeciwzapalnych i przeciwutleniających. Działa łagodząco na żołądek i wspomaga wydzielanie żółci. Imbir chroni wątrobę, a także pomaga ją zregenerować. Badania wykazały, że imbir w znaczący sposób pobudza działanie enzymów trawiennych, zwłaszcza lipazy i amylazy, które są kluczowe, jeśli chodzi o trawienie tłuszczów i węglowodanów. Co więcej imbir zwiększa aktywność trypsyny, która bierze udział w trawieniu białek. Ma właściwości przeciwwymiotne i pomaga w przypadku choroby lokomocyjnej.  
  1. Cytryna – pobudza wydzielanie żółci i enzymów trawiennych i chociaż ma kwaśny smak, powoduje, że nasze wewnętrzne pH staje się bardziej zasadowe po jej spożyciu. Warto wiedzieć, że te właściwości cytryna/sok z cytryny zachowuje w ciągu pół godziny od zetknięcia się z powietrzem, czyli po przekrojeniu cytryny. Jeśli pijemy sok z cytryny z ciepłą wodą, stymuluje to perystaltykę jelit. Dodajmy jeszcze, że cytryna jest wspaniałym antyoksydantem ze względu na dużą ilość vit. C. Równocześnie ma ona właściwości antywirusowe i przeciwbakteryjne. Ponadto poprawia koncentrację i pomaga odzyskać dobry nastrój, a skórka z cytryny pomaga zmniejszyć poziom cholesterolu we krwi. Jako ciekawostkę podam, że maratończycy i ludzie uprawiający wspinaczkę często piją sok z cytryny bezpośrednio z cytryny – wbijają  słomkę w czubek owocu cytryny, a następnie piją sok. To daje natychmiastowy przypływ energii. Sok z cytryny lepiej gasi pragnienie niż woda. Jego smak i zapach stymulują mózg i pomagają zwalczyć zmęczenie.
  1. Kurkuma, jiang huang (korzeń, przyprawa indyjska), należy do rodziny imbirowatych, pobudza krążenie, ma właściwości przeciwzapalne, wzmacnia żołądek i śledzionę, zwiększa ilość dobroczynnych bakterii w jelitach, oczyszcza wątrobę i krew, rozpuszcza kamienie żółciowe, ma niezwykłe właściwości antyoksydacyjne i ułatwia trawienie białek. Leczy nawet marskość wątroby, co jest potwierdzone licznymi badaniami. Dodatkowo usprawnia procesy myślowe. 
  1. Chia – nasiona chia są bogate w tłuszcze wielonienasycone, zwłaszcza w kwasy Omega 3. Nasiona te składają się w 60 procentach z Omega3, i w ten sposób są jednym z najbogatszych źródeł tych kwasów na Ziemi, zwłaszcza kwasu ALA (Kwasu α-linolenowego). Nasiona chia mają działanie przeciwzapalne, pomagają redukować cholesterol, są wspaniałym źródłem błonnika (10 gramw 2 łyżkach nasion), dzięki czemu wspierają pracę jelita grubego.  Chia są bogate w antyoksydanty, a także są bogatym źródłem wapnia, fosforu, magnezu i manganu. Do tego pomagają regulować poziom insuliny we krwi. Nie zawierają glutenu. Dodałam chia do tego napoju głównie dlatego, że działają łagodząco na ściany żołądka i jako pokarm tzw. śluzowaty mają zbawienny wpływ na wyściółkę jelit.

 

Napój ten niewiarygodnie szybko przynosi efekty. Jednak warto skonsultować się najpierw z lekarzem, czy w naszym przypadku jest on wskazany. Po dwutygodniowej kuracji można go przygotowywać od czasu do czasu i wypijać przed śniadaniem. Jeśli ktoś chce stosować go leczniczo  dłużej niż dwa tygodnie, powinien zasięgnąć porady lekarza. Przeciwskazaniem do picia tego napoju może być nadciśnienie, ciąża i karmienie piersią.

Jeśli zachowacie podaną przeze mnie kolejność składników, otrzymacie napój przygotowany zgodnie z metodą Pięciu Przemian. Zakończyłam go na Przemianie Drzewa i w ten sposób energię skierujemy do Wątroby – oznacza to, że najbardziej wzmocni on Wątrobę.

 

NAPÓJ ZMIENIAJĄCY ŻYCIE

Rodzaj posiłku: napój leczniczy

Podajemy z: pijemy sam napój, przygotowany według przepisu

Wegetariański: tak

Wegański: nie

Bezglutenowy: tak

Pięć Przemian: wzmacnia narządy trawienne

Ilość porcji: 2

 napój 2

 

500 ml wody źródlanej lub filtrowanej

½ łyżeczki kurkumy w proszku lub kilka

plasterków korzenia kurkumy (ok. 10 g)

¼ łyżeczki sproszkowanego korzenia lukrecji

125 ml soku z czarnej rzepy

15 – 20 g pociętego w plastry, świeżego korzenia imbiru,

obranego ze skórki

szczypta różowej soli himalajskiej

½ łyżeczki otartej skórki z cytryny

2 łyżki świeżo wyciśniętego soku z cytryny

szczypta sproszkowanej kurkumy

2 łyżki miodu, najlepiej organic

1 łyżeczka nasion chia

szczypta zielonego pieprzu

szczypta soli morskiej

1 – 2 cienkie plastry ekologicznej cytryny ze skórką

1 – 2 cienkie plastry ekologicznej limonki ze skórką

(jeśli nie mamy ekologicznych cytryn/limonek,

musimy sparzyć ich skórkę przed użyciem)

 

  1. Zagotowujemy wodę w rondlu i zmniejszamy trochę ogień. Na wrzątek wrzucamy najpierw kurkumę, po chwili lukrecję, następnie wlewamy sok z czarnej rzepy i wrzucamy świeży imbir, gotujemy przez chwilę i wrzucamy sól. Po chwili dodajemy skórkę z cytryny. Gotujemy pod przykryciem przez 10 minut na małym ogniu (jeśli ma mieć mniej rozgrzewający charakter, gotujemy krótko,     3 -5 minut powinno wystarczyć).

  2. Zdejmujemy z ognia, odcedzamy i studzimy do temperatury ok. 50°C, a następnie wlewamy sok z cytryny, dodajemy kurkumę, miód i chia. Energicznie mieszamy przez  ok. 1 – 2 minuty i odstawiamy na chwilę, żeby chia zwiększyły swoją objętość. Na koniec wrzucamy po kolei: szczyptę zielonego pieprzu, szczyptę soli, plastry cytryny oraz limonki, mieszamy, Pijemy! :)  

Napój ten jest przepyszny i ta świadomość, że działa korzystnie na cały organizm… Można go przygotować poprzedniego dnia, odcedzić, wlać do termosu ze szklanym wkładem, a rano tylko sprawdzić jego temperaturę i dodać pozostałe składniki.

 

                                             With love,

                                                            Wasza Mariola

 

P.S. Jutro nów i zaćmienie słońca, uważajcie na siebie :) Zaćmienie będzie można obserwować w Polsce rano, około godz. 10.00, trzeba mieć ciemne okulary…

.…………………………………………………………………………………………………

Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka

ZdjęciaJacek Białołęcki; aranżacja potrawy i zdjęcia: Mariola Białołęcka

Copyright © 2014 by Jacek Białołęcki & Mariola Białołęcka | All Rights Reserved

 

Domowe, bezglutenowe wafle z czekoladowym masłem bez masła

Zawierają dobre tłuszcze, magnez, wapń i mnóstwo antyoksydantów.           Wspomagają procesy myślowe i poprawiają humor :)                                          Smaczne domowe wafle, proste w przygotowaniu :)

wafle

Dziś jest pełnia Księżyca, to dobry moment, żeby zaplanować post/oczyszczanie. Dzień pełni to szczególny dzień, wszystko co robimy tego dnia ma dużo mocniejsze skutki. Trzeba bardzo uważać na słowa i działania. W wielu kulturach ludzie w pełnię nie jedzą mięsa, a starzy jogini medytują przez cały dzień. Pełnia to dobry czas, żeby sobie coś przemyśleć, podsumować wydarzenia z ostatniego miesiąca, zamknąć jakiś okres. Przez kolejne dwa tygodnie będziemy mieli podwójnie korzystny czas na oczyszczanie się, po pierwsze będzie nam sprzyjała faza Księżyca, a po drugie zgodnie z naturalnym kalendarzem mamy już wiosnę, czyli nadszedł czas na wiosenne porządki. Najważniejsze jednak są te w naszych głowach.

Kiedyś zostałam zaproszona do domu moich dobrych znajomych, mieliśmy rozmawiać o współpracy. Spotkanie miało charakter biznesowy, ale ponieważ znaliśmy się od lat, odbyło się ono u nich domu, który właśnie został wyremontowany. Oprowadzili mnie po nim, żeby pokazać, jak się urządzili. Dom był piękny i miło nam się rozmawiało, ale zanim usiedliśmy do rozmów biznesowych, mój znajomy zaproponował, że pokaże mi jeszcze ogród. Zeszliśmy do ogrodu równie cudnie zagospodarowanego – moim zdaniem wyglądał idealnie, ale mój znajomy zaczął go nagle porządkować, inaczej ustawił doniczki, pozbierał liście, przyciął kilka gałązek… z początku zdziwiło mnie to, dziś wiem, że chciał w ten sposób uporządkować swoje myśli przed poważniejszą rozmową. 

Porządkowanie przestrzeni na zewnątrz pomaga nam uporządkować przestrzeń wewnętrzną. Zanim więc przystąpimy do diety oczyszczającej ciało, rozejrzyjmy się wokół siebie i sprawdźmy, co wymaga w naszym życiu uporządkowania. I nie zawsze chodzi tu o szafy pełne ubrań, w których dawno już nie chodzimy, ani też o przeterminowane zapasy w szafkach kuchennych :) W najbliższy weekend skupcie się na sobie i na tym, co wymaga w Waszym życiu uporządkowania, ja też tak zrobię, im więcej osób to zrobi, tym bardziej pomożemy sobie nawzajem :) Najważniejsze w naszym życiu są związki, czy jednak każdy warto kontynuować? Niektórzy ludzie mają negatywne podejście do wszystkiego, i niestety nie pomożemy im się zmienić, jeśli sami nie będą tego chcieli. Jeśli będą często przy nas, szybko odczujemy niemiłe skutki tych kontaktów. Najgorsze jednak co może być, to mieszkanie pod jednym dachem lub częste spotykanie się z kimś, kto wciąż nas krytykuje, osłabiając w ten sposób naszą życiową energię. Szukajmy wspierających nas osób, dobrze do nas nastawionych, szanujących nas i to, co robimy. Miłość musi kwitnąć :)  

W dobrej atmosferze łatwo o przemyślenie innych kwestii: praca zawodowa, wartości, duchowość, dieta, ćwiczenia… Co jest dla nas najważniejsze? Czym najpierw się zajmiemy, a co będzie następne? Nie uporządkujemy wszystkiego od razu, a szklanka zielonego smoothies wypita rano nie oczyści nas, jeśli za godzinę pokłócimy się z partnerem lub szef znów zepsuje nam dzień – nie ma nic gorszego niż toksyny, które pochodzą z konfliktów lub negatywnych myśli. Ciało idzie za umysłem, oczyść najpierw swój umysł, a oczyszczenie ciała to już tylko kosmetyka :)  

Dziś pyszne wafle, pełne dobrych tłuszczów i przyjemnych aromatów – do kawy lub popołudniowej herbatki, przy której będzie można sobie różne rzeczy przemyśleć lub na spokojnie z kimś porozmawiać w ramach życiowych porządków :)

Wafle przełożone są masą przygotowaną na bazie czekoladowego masła bez masła. Ten deser przygotowuje się szybko, więc zostanie nam dużo czasu na rozmowy i przemyślenia. Enjoy :)

 

A teraz zapraszam już na przepis!

 

DOMOWE BEZGLUTENOWE WAFLE Z CZEKOLADOWYM MASŁEM BEZ MASŁA

Rodzaj posiłku: deser 

Podajemy: np. polane białą czekoladą lub lukrem, w papilotkach

Wegetariański: tak 

Wegański: w zależności od wafli

Bezglutenowy: tak 

Ilość porcji: 4 wafle, przekładane masą czekoladową

wafle 2

 

Czekoladowe masło bez masła

 

90 g awokado

200 ml śmietanki sojowej lub innej roślinnej

90 g oleju kokosowego raw organic

90 g dobrej jakości gorzkiej czekolady, może też być Goplana

2 łyżki jasnego cukru trzcinowego muscovado

½ – 1 łyżeczka cynamonu

 

Masa do wafli

 

czekoladowe masło bez masła wg powyższego przepisu

1 łyżka surowego kakao lub zwykłego

1 łyżka karobu

1 łyżka jasnego cukru trzcinowego muscovado

szczypta soli

4 bezglutenowe wafle, im twardsze tym lepsze

 

Dodatkowo

1 łyżeczka oleju kokosowego raw, organic

1/2 tabliczki czekolady

(jeśli chcemy mieć więcej polewy, zwiększamy proporcjonalnie ilość czekolady i oleju)      ewentualnie trochę białej czekolady do polania po wierzchu

 

  1. Najpierw przygotowujemy „Czekoladowe masło bez masła”. Do niedużego rondla wrzucamy olej kokosowy i częściowo go rozpuszczamy, następnie dodajemy połamaną na kawałki czekoladę i mieszamy, dopóki czekolada i olej nie rozpuszczą się całkowicie. Zdejmujemy z ognia i studzimy przez kilkanaście minut. Osobno miksujemy awokado ze śmietanką sojową, najlepiej za pomocą ręcznego blendera. Do zmiksowanego awokado wlewamy rozpuszczony olej z czekoladą, dodajemy cukier muscovado oraz cynamon i ponownie miksujemy, aż składniki dobrze się połączą. Na tym etapie możemy przełożyć masę do słoiczka, odstawić na godzinę do lodówki i delektować się czekoladowym masłem bez masła, którym można smarować kanapki zamiast np. nutelli :)
  2. Na bazie powyższego masła można przygotować też masę do wafli. Zanim masło włożymy do lodówki, dodajemy pod koniec miksowania surowe kakao, karob, szczyptę soli i dodatkową łyżkę cukru trzcinowego. Dokładnie miksujemy. Jeśli chcemy użyć tej masy do wafli, wkładamy ją na dwie godziny do lodówki, a następnie smarujemy nią wafle. Jeśli masa jest za twarda, można ją zmiksować przez chwilę ręcznym blenderem i dopiero wtedy nakładać. Masę nakładamy dokładnie na cały wafel, pilnując, żeby brzegi też były posmarowane. Wafel przykrywamy kolejnym waflem, który znów smarujemy i przykrywamy aż do wyczerpania wafli i/lub masy. Takie wafle podajemy od razu, jeśli za długo poleżą, mogą za bardzo nasiąknąć.
  3. Wafle można też oblać po wierzchu czekoladą. W tym celu rozpuszczamy w rondlu jedną łyżeczkę oleju kokosowego, wrzucamy pół tabliczki gorzkiej czekolady, połamanej na kawałki i mieszając rozpuszczamy czekoladę. Odstawiamy na bok, na dziesięć minut, żeby trochę przestygła. Tak przygotowaną czekoladą polewamy wafle, a następnie wstawiamy je na 10 – 15 minut do zamrażarki. Kroimy i podajemy od razu, najlepiej w papilotkach. 

 wafle 3

Uwagi

  1. Z wafli przełożonych masą można wycinać różne kształty, np. robić okrągłe torciki za pomocą kołnierza cukierniczego.
  2. Wafle te są mocno czekoladowe, więc jeśli nie lubicie smaku gorzkiej czekolady, możecie na niektóre wafle położyć inną masę, np. zmielony mak czy też masę karmelową.

 

 Pomyślnego oczyszczania,

                                                                          Wasza Mariola :)

.…………………………………………………………………………………………………

Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka

ZdjęciaJacek Białołęcki; aranżacja potrawy i zdjęcia: Mariola Białołęcka

Copyright © 2014 by Jacek Białołęcki & Mariola Białołęcka | All Rights Reserved