Jaglanka to go – tym razem z morelami :)

Bezglutenowa jaglanka orzeźwiająca w gorące dni, z gotowanymi morelami, grillowanymi nektarynkami oraz… witaminą B 17 :)

Jaglanka z morelami

Amigdalina, witamina B 17, laetril to różne nazwy tej samej substancji – ratującej życie. Najczęściej występuje ona w jądrach pestek różnych owoców: moreli, brzoskwiń, jabłek, malin, truskawek, winogron, a także w kiełkach fasoli, w orzechach makadamia i co być może będzie dla niektórych osób zaskakujące – w kaszy jaglanej! Najwięcej amigdaliny zawierają pestki gorzkiej moreli. Nie chodzi tu o jakąś specjalną odmianę tego owocu, większość moreli, które kupujemy w sklepie, to właśnie gorzka morela – Prunus armeniaca, czyli  morela pospolita, zwana inaczej morelą syberyjską lub tybetańską. Jej przeciwieństwem jest azjatycka morela słodka, z którą raczej trudno zetknąć się w Polsce. Jeśli jednak macie wątpliwości, zawsze możecie to sprawdzić, rozbijając pestkę moreli. Jeśli jądro pestki jest gorzkie w smaku, z pewnością zawiera amigdalinę. Pestki gorzkiej moreli są znanym, skutecznym lekarstwem na raka. Osobiście znam ludzi, którzy pokonali raka dzięki witaminie B 17 i chociaż minęło wiele lat, rak na szczęście nie wrócił. Jednak mimo wielu dowodów pozytywnego działania amigdaliny na nasz organizm, temat ten jest dość kontrowersyjny i świat medyczny zdecydowanie odżegnuje się od witaminy B 17. Nie chcę w tym miejscu specjalnie się nad tym tematem rozwodzić, ponieważ jest sporo materiału w internecie w języku polskim i dość łatwo można się z nim zapoznać. Ja osobiście mam zaufanie do leczniczego działania pestek gorzkiej moreli. Są one używane w medycynie naturalnej od setek lat (TMC – xing ren), żeby wzmocnić system immunologiczny.  Pomagają też w walce z suchym kaszlem i zaparciami – nawilżają jelito grube.  Warto więc wprowadzić do naszej diety pestki gorzkiej moreli, wystarczy zjadać kilka pestek dziennie, traktując to głównie jako profilaktykę chorób związanych z brakiem odporności. Pestki można zmielić i posypywać nimi owsiankę, jaglankę, można je też dodawać do zup, ciast lub innych potraw.

W przypadku istniejącej już choroby nowotworowej należy jednak skonsultować się z lekarzem lub naturopatą, który dobierze odpowiednią dawkę amigdaliny i doradzi, w jaki sposób należy ją zażywać (to wówczas staje się bardzo złożone, trzeba na przykład przyjmować równocześnie odpowiednie dawki różnych witamin – C, A, E, a także stosować właściwą dietę, itp). Amigdalinę można też zakupić w formie płynnej lub w postaci kapsułek/tabletek.

Jeśli chcemy w prosty sposób wzmocnić swój organizm, możemy też jeść więcej moreli w postaci kompotów, galaretek, ciast czy też takiej właśnie jaglanki, którą dziś proponuję. Ale uwaga! morele do tych potraw gotujemy razem z pestkami, dzięki temu w naszym daniu znajdzie się wszystko, czego potrzebujemy, żeby wzmocnić odporność!

 

JAGLANKA TO GO Z MORELAMI

 

Rodzaj posiłku: śniadanie w gorące dni, drugie śniadanie, brunch (ponieważ zawiera owoce, należy spożywać do godz. 16)

Podajemy z: jogurtem, ubitą śmietanką kokosową, orzechami, hempem

Wegetariański: tak

Wegański: tak, jeśli damy jogurt roślinny

Bezglutenowy: tak

Pięć Przemian: odżywia, chłodzi, nawilża, wzmacnia energię, Płuca i Jelito Grube

Ilość porcji: 2 – 4

 

Jaglanka z morelami 3

Ta jaglanka jest również prosta w przygotowaniu. Będziemy potrzebować: 

1 szklankę ugotowanej na sypko kaszy jaglanej – wciąż gorącej

500 g świeżych moreli

4 łyżki ulubionego cukru

1 laskę cynamonu, ewent. 1 łyżeczkę sproszkowanego

1 większy liść laurowy

250 ml wody

szczypta soli

3 nektarynki

1 szklankę mleka roślinnego, najlepiej migdałowego

1 łyżka wcześniej namoczonych owoców goji (opcja)

2 lekko czubate łyżki nasion chia

po kilka łyżek jogurtu naturalnego probiotycznego na porcję

inne ulubione dodatki, np. hemp, pestki gorzkiej moreli, rozdrobnione orzechy, itp

 

(używam szklanki o pojemności 250 ml)

 

1. Gorącą kaszę jaglaną miksujemy w malakserze lub za pomocą ręcznego blendera do uzyskania gładkiej masy. Odstawiamy na bok. Przepis jak ugotować kaszę tu.

2. Następny etap to morele. Do rozgrzanego rondla lub niedużego garnka wrzucamy morele,  cukier, cynamon, liść laurowy, wlewamy wodę, wrzucamy szczyptę soli i 1 1/2 nektarynki. Pod przykryciem doprowadzamy do wrzenia, następnie zmniejszamy ogień i gotujemy przez 30 minut na małym ogniu. Zdejmujemy pokrywkę, wyjmujemy liść laurowy, laskę cynamonu oraz pestki moreli i na koniec rozdrabniamy owoce widelcem i mieszamy razem z płynem tak, żeby powstała jednolita masa. 

3. W międzyczasie pozostałe nektarynki kroimy w nieduże podłużne cząstki, a następnie grillujemy je na patelni grillowej. Jeśli nie macie grilla lub takiej patelni, można je krótko podpiec na zwykłej dobrze rozgrzanej patelni. Dzięki grillowaniu lub podpiekaniu nektarynki będą cudownie słodkie :) Nektarynki przekładamy na talerz i studzimy.

4. Do zmiksowanej kaszy dodajemy szklankę ugotowanych rozdrobnionych owoców, szklankę mleka roślinnego, owoce goji (opcja), dwie łyżki nasion chia i miksujemy całość przynajmniej przez 2 minuty, żeby składniki dobrze się połączyły. Ewentualnie doprawiamy do smaku, pamiętając jednak, że dojdą tu jeszcze słodkie nektarynki, jogurt i być może inne ulubione składniki.

5. Nakładamy kaszę do wybranych słoików, ta ilość wystarcza na 2 porcje (możemy uzyskać 4 porcje, jeśli użyjemy dwie szklanki kaszy jaglanej, dwie szklanki masy owocowej, dwie szklanki mleka roślinnego i 4 łyżki chia – reszta składników bez zmian). Na wierzch wrzucamy trochę masy owocowej, grillowane nektarynki, jogurt i dodatkowe składniki, pamiętając o tym, że jogurt można nałożyć na wystudzone już składniki. Można jeść od razu, ale najlepiej smakuje po kilku godzinach. Ja zakręcam słoiki i wstawiam do lodówki na kilka godzin lub na noc. Przed jedzeniem wyjmuję z lodówki i trzymam co najmniej godzinę w temperaturze pokojowej, ponieważ nie chcę wychłodzić żołądka.

Jaglanka ta ma działanie chłodzące, powinny unikać jej osoby, którym ciągle jest zimno.

cztery jaglanki

(Moje ulubione jaglanki na wynos – z jagodami i morelami)

Smacznego i na zdrowie!

          Wasza, 

                                Mariola :)

……………………………………………………………………………………………………………….

Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka

Zdjęcia: Jacek Białołęcki; aranżacja potrawy i zdjęcia: Mariola Białołęcka

Copyright © 2015 by Mariola Białołęcka

Copyright © 2015 by Jacek Białołęcki | All Rights Reserved

Jaglanka to go :)

Bezglutenowe jaglanki z owocami i jogurtem ratowały nam życie w naszej wakacyjno-zawodowej podróży w Alpy – do serca Europy :)

trzy jaglanki to go

Dzięki sponsorom naszej książki podróżniczo-kulinarnej, a także szalonym pomysłom, jak przejechać Europę za przysłowiowy jeden grosz (więcej o tym w książce, która już wkrótce się ukaże), po raz kolejny wybraliśmy się w jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie – do Allgäu, w niemieckie Alpy. To w tej okolicy łączą się ze sobą trzy kraje: Niemcy, Austria i Szwajcaria. Nazywam to miejsce Trójkątem Alpejskim i chociaż nie znikają tu ludzie ani statki, to jednak w tej magicznej krainie można zapomnieć o całym świecie :) Tym razem tropikalne gorąco dało nam się mocno we znaki, temperatury były cały czas w granicach 40°C w cieniu!, ale rozległe widoki z alpejskich przełęczy, szmaragdowe jeziora i obrazy kąpiących się w nich szczęśliwych ludzi zdecydowanie to rekompensowały :) To właśnie tu znajduje się słynne Jezioro Bodeńskie o powierzchni około 500 km²  – widziane  z góry wygląda prawie jak Bałtyk. Nie dziwię się, że o tym urzekającym miejscu tyle piszą poeci, zobaczcie, jak było pięknie :)

Bodensee

(Jezioro Bodeńskie widziane od strony Lindau)

Jezioro Bodeńskie 10

(Jezioro Bodeńskie widziane od strony Bregencji – widok z góry Pfänder)

Alpy przy Bodensee

(Alpy w pobliżu Jeziora Bodeńskiego - widziane również z góry Pfänder)

Szmaragdowe Bodensee

(Szmaragdowe Bodensee)

Wysokie Alpy

(Wysokie Alpy)

Krajobrazy przepiękne, tyle pozytywnych wrażeń, że można naładować baterie na cały rok :) Jednak sposób odżywiania się ludzi zamieszkujących ten niezwykły kawałek świata pozostawia sporo do życzenia. W wielu gasthausach słyszeliśmy wciąż: „nur wurst” (tylko kiełbasa) – najwyrażniej żyje tu tylko „wurst generation” :) Jeden z tych gasthausów szczególnie zapamiętałam. Mnóstwo elementów w formie… prosiaczka: szyld, serwetki, cukiernice, obrazy na ścianach – z każdej strony otaczały nas prosiaczki, a w menu jedynie: „nur Schweinefleisch”! Tak więc osoby odżywiające się wegetariańsko i/lub bezglutenowo nie będą miały łatwo w tamtych okolicach. Chyba że zdecydują się zjeść posiłek w sieci McDonalds. Przyznam, że było to dla mnie największe zaskoczenie: wegetariańskie hamburgery w McDonalds! – w ich skład wchodziła quinoa!, papryka, kukurydza i różne inne warzywa. Takiego wegetariańskiego hamburgera można było zamówić także w sałatce typu Cezar. Szkoda tylko, że hamburger oparty na quinoa zawierał gluten. Natomiast jeden z McDonalds’ów w Austrii, w Tyrolu, oferował dużo więcej, w menu były zarówno produkty wegetariańskie, jak i bezglutenowe – prawdziwa rewolucja! :) Zresztą te produkty są dostępne we wszystkich restauracjach McDonalds w Austrii, a na ich stronie można zapoznać się ze składem produktów www.mcdonalds.at  - ze szczególnym wyróżnieniem alergenów. Brawo Austria! Ale uwaga, ich wegetariańskie hamburgery również zawierają gluten i mleko, a oferta bezglutenowa jest skierowana tylko do osób jedzących mięso. Zamówiłam takiego bezglutenowego hamburgera, ale zjadłam tylko bułki z sałatką, którą dokupiłam – mięso oddałam jednemu z moich towarzyszy podróży. Bułka była napompowana powietrzem i trochę bez smaku, ale jest to szansa na szybki posiłek dla wygłodniałych bezglutenowych turystów, podróżujących po Alpach :)

I jeszcze parę ciekawostek. Nie tylko my szukaliśmy cienia :) Te piękne simmentalerki poniżej na zdjęciu walczyły o miejsce w cieniu pod jedynym drzewem w okolicy. Nie tylko zresztą one – na pewnej farmie, którą zwiedzaliśmy, również owce szukały cienia, co widać na jednym ze zdjęć. Proszę udostępniajcie te zdjęcia, to mój apel do hodowców, żeby pomyśleli w upały o zwierzętach, zapewniając im nie tylko wodę, ale też miejsca, w którym zwierzęta mogą schronić się w cieniu. Owce, które były wystawione na pokaz, najwyraźniej tego nie lubiły, ponieważ odwracały się do ludzi tyłem i chowały za siebie nawzajem – z tego powodu między innymi nie lubię ZOO.

Krowy w cieniu

(Krowy szukające cienia)

Krowy w cieniu 2

owce w cieniu

(Owce też znalazły cień, żeby się ochłodzić)

Reasumując: Allgäu, Tyrol to nie są miejsca przyjazne wegetarianom, weganom czy też osobom bezglutenowym, zwłaszcza jeśli ktoś planuje zatrzymać się w hotelu i jeść w restauracjach. Jeśli jednak ktoś zdecyduje się spędzić wakacje na jednym z wielu kempingów, sytuacja zaczyna wyglądać dużo korzystniej. W wielu sklepach, zwłaszcza w tych miejscowościach, gdzie są olbrzymie kempingi i zjeżdżają się turyści z całej Europy, można kupić dobrej jakości, niedrogie jedzenie i przyrządzić coś samemu. Zarówno koszt paliwa, jak i ceny żywności były dla nas pozytywnym zaskoczeniem. Wiele wartościowych produktów bezglutenowych czy też ekologicznych, które kosztują w Polsce majątek, w tamtym rejonie można nabyć za niewielkie pieniądze. Poza tym niektóre produkty przywieżliśmy z Polski, w tym tytułowe jaglanki – z ochładzającym jogurtem i owocami. 

Zapraszam na przepis :)

JAGLANKA TO GO Z JAGODAMI

Jaglanka z jagodami

Przygotowanie tej jaglanki jest bardzo proste. Będziemy potrzebować 1 szklankę ugotowanej kaszy jaglanej, 1 szklankę mleka roślinnego, 1 szklankę kompotu z czarnych jagód, 2 lekko czubate łyżki nasion chia, jogurt roślinny lub z mleka krowiego – jogurt koniecznie z aktywnymi bakteriami – owoce, wspaniale tu pasują borówki amerykańskie i jeżyny (kupiłam bezpestkowe) oraz świeże zioła: majeranek lub tymianek.

Jak to zrobić?

1. Najpierw przygotowuję leśne czarne jagody. Można też użyć borówek amerykańskich, ale warto pamiętać, że leśne jagody zawierają najwięcej składników odżywczych i dają nam najwięcej energii, co ma duże znaczenie, jeśli podróżujemy daleko. Bierzemy więc litrowy słoik leśnych jagód, a następnie płuczemy je na sicie, wyjmując listki i inne niepotrzebne składniki. Przekładamy jagody do garnka, dodajemy 3 – 4 łyżki wybranego cukru, 3 – 4 ziarna zielonego kardamonu i gotujemy przez 10 minut od zagotowania. Zestawiamy z ognia i wrzucamy dwie – trzy nieduże gałązki tymianku lub majeranku. Odstawiamy na bok. Przed użyciem wyjmujemy zioła i nasiona kardamonu.

2. Następnie gotujemy na małym ogniu 200 g suchej kaszy jaglanej  w 500 ml wody przez 20 minut od zagotowania, dodając 1/2 łyżeczki nasion kopru włoskiego lub anyżu, jeśli lubicie. Po ugotowaniu studzimy przez 5 minut, a następnie od razu miksujemy w malakserze. Kiedy kasza stanowi już gładką, jednolitą masę, przekładamy ją do miski (przygotujemy z niej jaglanki o innych smakach), zostawiając około szklanki w malakserze. Dodajemy szklankę ugotowanych jagód, szklankę mleka roślinnego i 2 lekko czubate łyżki nasion chia (ja używam szklanki o pojemności 250 ml). Miksujemy, aż składniki dobrze się połączą. Ewentualnie doprawiamy do smaku. Przekładamy do słoiczków, studzimy. Kiedy masa jest już zimna, wrzucamy borówki amerykańskie oraz jogurt, zakręcamy słoiki i wstawiamy do lodówki. Jest najlepsza po kilku godzinach, dlatego zazwyczaj zostawiam ją na noc w lodówce, ale rano wystawiam ją z lodówki co najmniej na godzinę przed jedzeniem – unikam jedzenia tak mocno schłodzonych produktów. W podróży te jaglanki bardzo dobrze przechowywały się w lodówce turystycznej.

Przed podaniem wrzucamy na wierzch kolejną partię owoców, np. jeżyn i posypujemy łuskanymi nasionami hempu (również nieodzowne w podróży ze względu na wartości odżywcze i dużą zawartość białka) oraz np. amarantusowym poppingiem. Można też dodać resztę ugotowanych  jagód i/ lub inne składniki według uznania. Jemy i czujemy, jak dobrze nam to robi :) ))

Pszczoła

(Ta pszczoła najwyrażniej ma podobne zdanie :)

LOVE, Mariola

……………………………………………………………………………………..……………

Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka

Zdjęcia potraw: Jacek Białołęcki

Pozostałe zdjęcia: Mariola Białołęcka; 

aranżacja potrawy i zdjęć: Mariola Białołęcka

Copyright © 2015 by Mariola Białołęcka/Jacek Białołęcki| All Rights Reserved

Congee z dzikiego ryżu

Zamiast owsianki, jaglanki i gryczanki mała odmiana – congee, długo gotowany ryż, wzmacniający zdrowie – z sokiem z jabłek i cynamonem!

Congee z dzikiego ryżu

Mało osób to wie, ale lato i upały to nie jest dobry czas dla naszych Nerek. Zwłaszcza czerwiec nie jest miesiącem przyjaznym dla Nerek. Tak to widzi TMC, a statystyki szpitali pokazują, że najwięcej operacji związanych z usuwaniem kamieni nerkowych odbywa się właśnie w czerwcu. Jeśli więc cokolwiek dzieje się z Waszymi Nerkami, to teraz dostaniecie tego sygnały (oby nie!). O Nerki trzeba dbać zawsze, to podstawowe żródło naszej życiowej energii. Nerki mają też związek z płodnością, seksualnością i dojrzewaniem.  Uważa się, że najlepszym lekarstwem dla Nerek jest mocne życie – odważne wychodzenie w świat, żeby realizować swoje marzenia. Dla mnie prawdziwym testem i szkołą życia były podróże, często samotne – moim zdaniem to właśnie podróże, a zwłaszcza dalekie, najlepiej wzmacniają umysł i charakter, a także dają przestrzeń potrzebną do zobaczenia naszych codziennych rzeczy z innej perspektywy. Jedna taka podróż może czasem zmienić całe życie :)

W taką właśnie podróż wybrałam się kiedyś w środku zimy do Rosji. Podróże po Rosji z Lamą Ole są organizowane co roku i są wysoko cenione w naszym środowisku. Zazwyczaj odbywają się w lutym. Tak więc na początku lutego wsiadłam w Gdyni do pociągu i w ten sposób rozpoczęła się moja wielka przygoda pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji. Punktem zbiorczym dla tego wyjazdu był Czelabińsk, tam wszyscy mieliśmy spotkać się z Lamą Ole, żeby potem wspólnie pojechać  pociągiem do Nowosybirska i na koniec do Krasnojarska. Odwiedziliśmy wtedy też Omsk, Samarę, Niżny Nowogród, Jekaterynburg oraz Petersburg i wróciliśmy przez Białystok do Warszawy. Była to prawdziwa podróż życia, której się nie zapomina – wszystko co mogło pójść nie tak, poszło nie tak :) Zaczęło się w pociągu jadącym z Gdyni do Pragi, wzięłam kuszetkę, które są zawsze koedukacyjne i byłam w niej sama z jakimś mężczyzną, który dziwnie się zachowywał, a do tego robił dwuznaczne uwagi, w zasadzie nie spałam przez całą noc. Od tamtej pory jeśli mam jechać pociągiem sama, biorę tylko sypialny, gdzie jest podział na kabiny żeńskie i męskie. Po nieprzespanej nocy błądziłam dość długo po peronach w Pradze, z ciężką walizką i plecakiem – w końcu wyjechałam na trzy tygodnie – zanim trafiłam na właściwy peron, w zasadzie w ostatnim momencie przed odjazdem pociągu z Pragi do Moskwy.

Dworzec Główny w Moskwie to była prawdziwa dżungla, tysiące osób, nie wiem, jak to wygląda teraz, ale wtedy wszystkie napisy były w języku rosyjskim i pisane cyrylicą. Nie muszę chyba dodawać, że nikt z obsługi nie mówił ani po angielsku, ani po polsku :) Z dworca mieli odebrać mnie Rosjanie i zawieżć na lotnisko, z którego odlatywał samolot do Czelabińska. Jednak ani na peronie, ani na dworcu nikt na mnie nie czekał, a podany telefon nie odpowiadał. Kiedy w informacji na dworcu próbowałam dowiedzieć się, jak mam się dostać na lotnisko, siedząca tam kobieta zapytała mnie: „A szto ty dziewoczka spod Urala prijechała?” :) W końcu znalazłam kogoś, ktoś mi pomógł i wreszcie mój samolot po wielu perypetiach wylądował na lotnisku w Czelabińsku. Była godzina 24. Jeśli myślicie, że to koniec przygód, bardzo się mylicie. Otwarte pole z niedużym blaszanym barakiem pośrodku raczej trudno było nazwać lotniskiem. Oczywiście nie muszę dodawać, że nikt tam na mnie nie czekał, chociaż wcześniej (jeszcze w Polsce) zostałam zapewniona, że na pewno ktoś odbierze mnie z lotniska. To wszystko miało być zorganizowane i zazwyczaj tak się właśnie odbywało! W „dworcu-blaszaku” było tylko jedno okienko – kasowe, oczywiście zamknięte o tej porze, i jeden aparat telefoniczny – na kopiejki, których nie miałam! Wyobrażacie sobie sytuację? Jest północ, wokół całkowita ciemność, co najmniej dziesięć stopni poniżej zera, a ja stoję z ciężkimi walizkami w małym baraku pośrodku jakiegoś pola i kompletnie nie wiem, co dalej? Nie wiem, gdzie mam jechać, czym, nie znam nawet adresu w Czelabińsku i co więcej, nawet nie mam jak się skontaktować z kimkolwiek, ponieważ nie mam jak rozmienić rubli na kopiejki! Nie mówiąc już o tym, że słabo znam rosyjski, a tu nikt nie mówi ani po polsku, ani po angielsku.

W końcu udało mi się porozmawiać z jednym z pasażerów samolotu – kobietą, która czekała na kogoś bliskiego, znała trochę angielski i co najważniejsze miała kopiejki, które mi po prostu podarowała, żebym mogła zadzwonić. Naprawdę piękny gest. Na szczęście jedyny aparat telefoniczny w okolicy działał i udało mi się dodzwonić do Czelabińska. Okazało się, że kawałek dalej zatrzymują się autobusy i jednym z nich będę mogła dojechać do miasta, a tam już ktoś będzie na mnie czekał. Była to dobra wiadomość, ale była też zła wiadomość – trzeba bardzo uważać, żeby wsiąść w autobus, który jedzie w stronę Czelabińska. Jeśli się pomylę, zawiezie mnie w przeciwnym kierunku, tam gdzie są tylko małe wioski, w których o tej porze wszyscy już dawno śpią. Nie macie pojęcia, jak się bałam. Coś jednak nade mną czuwało, ponieważ udało mi się wsiąść w autobus jadący do Czelabińska. Lotnisko było oddalone od głównego dworca kolejowego w Czelabińsku około 4o kilometrów. To właśnie na dworcu ktoś miał na mnie czekać, ale chyba nie muszę Wam mówić, że kiedy dojechałam do dworca, nikogo nie było? :) Rosjanie naprawdę się wtedy nie popisali. Był środek nocy, a ja zmarznięta dosłownie padałam z nóg i marzyłam już tylko o tym, żeby wypić kubek gorącej herbaty i położyć się do łóżka. Czekałam pod dworcem dłuższą chwilę, ale nikt się nie pojawił, postanowiłam więc działać i znów zadzwonić do osób, które miały mnie odebrać i zawieżć na miejsce. Przed dworcem nie zauważyłam żadnej budki telefonicznej, postanowiłam więc wejść do budynku dworca. Ale przed drzwiami wejściowymi czekała na mnie kolejna niemiła niespodzianka – dwóch wojskowych z karabinami. Okazało się, że nie mogę wejść do budynku dworca bez ważnego biletu na pociąg. Pomyślałam wtedy, że jestem w ukrytej kamerze i że za moment cała ekipa wyjdzie z ukrycia i wszyscy razem będziemy się długo i szczerze śmiać – co oczywiście nie nastąpiło. Po dłuższej rozmowie we wszystkich możliwych językach świata, podczas której żołnierze zaciskali dłonie na karabinie, postanowili wpuścić mnie do budynku, żebym mogła zadzwonić. Jeden z nich cały czas mi towarzyszył i nawet stał przy mnie bardzo blisko, kiedy rozmawiałam przez telefon z organizatorami podróży. Była trzecia nad ranem, kiedy w końcu siedziałam w ciepłym pokoju, popijając gorącą herbatę.

Następnego dnia przyjechał Lama Ole i pojechaliśmy wszyscy słynną koleją transsyberyjską w długą, niezwykłą podróż . Musicie to kiedyś przeżyć :) Odległości w Rosji są tak olbrzymie, że zazwyczaj spędzaliśmy w pociągu 24 godziny, zanim dojechaliśmy do kolejnego miasta. Rosjanie mają inne niż my poczucie odległości (podobnie jak Amerykanie). Pamiętam rozmowę z jedną z Rosjanek, która dołączyła do nas w Nowosybirsku. Zapytana gdzie mieszka, odpowiedziała, że tu nie daleko, tylko jakieś osiem godzin jazdy pociągiem :) Podróż z Lamą Ole obfitowała w wiele ciekawych wydarzeń, o których być może jeszcze opowiem. Podczas całej tej podróży wiele razy znajdowałam się w ekstremalnych sytuacjach i cały czas uczyłam się, nie tylko jak pokonywać własne lęki, ale też jak akceptować warunki, na które nie mam wpływu.

I to wszystko razem jest właśnie najlepszym lekarstwem na Nerki :)

Zapraszam na przepis – dzisiejsza potrawa wzmocni latem nasze Nerki.

………………………………………………………….

CONGEE Z DZIKIEGO RYŻU

Rodzaj posiłku: śniadanie, brunch

Podajemy z: mlekiem/śmietanką kokosową, suszonymi owocami, miodem, słodem, nektarem kokosowym, itp.

Wegetariańskitak

Wegański: tak (ale wtedy bez miodu)

Bezglutenowy: tak

Pięć Przemian: wzmacnia Nerki, odbudowuje jin

Ilość porcji: 3 – 4

 

Congee 2

Dziki ryż podobnie jak wiele innych produktów wzmacniających Nerki nie jest tani, ale zawiera taką ilość odżywczych składników, że pewnie wkrótce zostanie okrzyknięty nową super żywnością. Przede wszystkim jest drugim po owsie zbożem, które zawiera najwięcej białka – ponad 14 g w 100 g. Dzięki temu, a także dzięki błonnikowi, jest dobrym produktem dla osób odchudzających się, a także tych z insulinoopornością. Dziki ryż jest też wspaniałym żródłem witamin z grupy B, magnezu, fosforu, a także  manganu i cynku (oba 15% dziennego zapotrzebowania). Biorąc więc pod uwagę jego rozliczne właściwości, a także to że jest produktem bezglutenowym, wprowadzajmy go jak najczęściej do naszej kuchni. 

Składniki

100 g dzikiego ryżu

600 ml wody

800 g jabłek

1 łyżeczka cynamonu

2 – 3 łyżki jasnego cukru trzcinowego muscovado

Dodatki: śmietanka roślinna, mleko roślinne, syrop kokosowy, syrop klonowy, suszone morele, prażone orzechy, chipsy kokosowe i inne typowe dodatki do owsianki.

 

Syrop kokosowy do kupienia w sklepie www.ekobuszmenka.pl (klik)

(bezpieczne słodzenie – ma bardzo niski indeks glikemiczny (ig) = 35!)

 

Ta potrawa jest bardzo prosta w przygotowaniu.

  1. Do garnka wrzucamy dziki ryż, dodajemy wodę, zagotowujemy na dużym ogniu, następnie zmniejszamy ogień i na małym ogniu gotujemy przez 60 minut od momentu zagotowania się wody. Zestawiamy z ognia, odcedzamy, ale wody nie wylewamy, może być nam jeszcze potrzebna.
  2. W międzyczasie przygotowujemy świeży sok jabłkowy. Jabłka myjemy, kroimy na ćwiartki, wyjmujemy gniazda nasienne, skórki nie obieramy. Przepuszczamy przez sokowirówkę, a następnie powstały sok wlewamy do garnka, dodając cynamon i cukier. Sok doprowadzamy do wrzenia i gotujemy 1 minutę. Odstawiamy na bok.
  3. W blenderze miksujemy ugotowany ryż z ugotowanym sokiem jabłkowym. Konsystencja naszego congee zależy od ilości soku/wody, którą dodamy. Możecie dać mniej soku i congee będzie bardzo gęste, jak na powyższym zdjęciu, lub dodać cały sok i wodę, w której ryż się gotował, i uzyskacie wtedy bardziej typową konsystencję congee – rzadką zupę ryżową.
  4. Nakładamy do miseczek i wrzucamy ulubione dodatki, a następnie delektujemy się naszym porannym wzmacniającym congee :)

                                                                                                   

                                                                                                         With love, Mariola

 

……………………………………………………………………………………..………

Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka

ZdjęciaJacek Białołęcki; aranżacja potrawy i zdjęcia: Mariola Białołęcka

Copyright © 2015 by Jacek Białołęcki & Mariola Białołęcka | All Rights Reserved

 

Nepal i pesto z modrej kapusty

Life is precious. Even though time is on your side, the fact is, time will never wait for you…

                                                                                     XVII Karmapa Thaye Dorje

http://mariolabialolecka.com/wp-content/uploads/2015/05/stupa2.jpg

(Słynna Stupa Swayambhu – Kathmandu, Nepal)

Jeśli chcesz coś zrobić, zrób to teraz, jutro możesz już nie mieć możliwości. Przez wiele lat wybierałam się do Kathmandu, żeby zobaczyć Stupę Swayambhu i odwiedzić klasztory znanych mi Rinpocze (rinpocze to w buddyzmie osoba zaawansowana na ścieżce duchowego rozwoju, cenna dla medytujących). Warunki jednak nigdy się nie złożyły, a ja im też nie pomogłam, chociaż byłam całkiem blisko, w stolicy Indii, Delhi. A teraz już nie jest to możliwe, owszem za kilka lat, może więcej, Kathmandu zostanie odbudowane, ale pewne struktury już zostały zmienione. To, co się wydarzyło kilka dni temu w tamtej części świata, jest naprawdę przejmujące, tysiące osób straciło życie, a prawie milion domy. Zatrząsł się także Mount Everest, najwyższa góra świata, która zawsze wydawała się być tak bardzo niewzruszona w całym swoim majestacie. Blog kulinarny, który prowadzę, ma lżejszy charakter, zastanawiałam się więc, czy taki temat powinnam poruszać w tym miejscu, ale starając się być równocześnie osobą świadomą tego, co się wydarza na świecie, nie mogę udawać, że nic się nie stało, i jeść spokojnie bezglutenowe muffinki. Żyjemy w kulturze, która nie chce patrzeć w stronę zachodzącego słońca, a jednak przemijanie jest faktem, a takie wydarzenia, kiedy na naszych oczach rozpada się świat, który znamy i cenimy, wywołują w nas wiele smutnych refleksji. Znów z drugiej strony taka jest natura rzeczy, że wszystko przez cały czas się zmienia, nasze komórki, nasze myśli, przekonania i związki, dlatego moim zdaniem warto robić wszystko co najlepsze w danej chwili, angażować się w pełni, nie czekać na cud, działać, działać i jeszcze raz działać, nie oczekując, że efekty tych działań będą trwać wiecznie (chociaż przecież może tak się zdarzyć).

Nepal został mocno zniszczony, a zamieszkujący go ludzie potrzebują teraz dosłownie wszystkiego – najbardziej jedzenia i czystej wody. Jeśli ktoś chciałby wesprzeć finansowo Nepalczyków i pomóc w odbudowie tego cennego kawałka świata, może zrobić to przez różne znane organizacje, polskie czy też światowe. Informacje na ten temat dostępne są w internecie, jest tego sporo, co chwila coś do mnie dociera na maila lub na moje osobiste konto na facebooku. Ja wybieram znaną mi organizację: International Medical Corps, założoną w 1981 roku i polecaną przez XVII Karmapę Thaye Dorje – więcej informacji pod tym linkiem:

https://internationalmedicalcorps.org/nepal-earthquake

Liczy się czas…

Dzisiejszy przepis – „Pesto z modrej kapusty” – dedykuję Nepalczykom, chociaż nie powstał on w związku z tymi wydarzeniami, życząc im równocześnie, żeby znaleźli szybko pomoc w postaci żywności, wody i lekarstw.

 

……………………………………………………………………………………………………………………….. 

PESTO Z MODREJ KAPUSTY

Pesto z modrej kapusty

 

Modra kapusta to znana nam wszystkim czerwona kapusta, która mimo nazwy nie jest czerwona tylko fioletowo-biała, a po ugotowaniu staje się bardziej wrzosowa. Kolor modrej kapusty świadczy o tym, że zawiera ona dużą ilość przeciwutleniaczy i że są one alkalizujące. Według WHO ostatnie badania pokazują, że 100 g czerwonej kapusty dostarcza nam 196 miligramów polifenoli, z czego 28,3 gramy stanowią antocyjany. Dla porównania bardziej popularna u nas biała kapusta zawiera tylko 45 miligramów polifenoli, z czego antocyjany to tylko 0.01 miligrama.  Antocyjany to bardzo wyspecjalizowana grupa polifenoli. Chronią nas one (antocyjany) zwłaszcza przed promieniowaniem UV – badacze odkryli, że najwięcej antocyjanów zawierają rośliny górskie, które są najbardziej wystawione na działanie promieni UV. Im więcej antocyjanów zawiera roślina, tym bardziej fioletowy aż do czarnego jest jej kolor i tym większe są jej właściwości przeciwutleniające. A to dla nas oznacza większą  ochronę przed wolnymi rodnikami, zdrowsze ciało i młodszy wygląd. Jedzmy więc naszą „fioletową” kapustę, zwłaszcza kiedy wybieramy się na wycieczkę w góry lub zamierzamy spędzić dzień na plaży. Czerwona kapusta jest też wyjątkowo cennym źródłem witaminy C (6-8 razy więcej niż biała kapusta), a także witaminy K i B6 oraz błonnika. Regularne jej spożywanie pomaga zmniejszyć stany zapalne w organizmie i chroni nas przed przedwczesnym starzeniem się. Kapusta ta ma działanie przeciwmiażdżycowe, przeciwnowotworowe i przeciwalergiczne,  chroni nasz wzrok i układ sercowo-naczyniowy. W skali ORAC znajduje się wyżej niż biała kapusta, włoska lub chińska, a także wyżej niż większość gatunków jabłek, butelkowany sok z grapefruita, szparagi, kiełki rzodkiewki czy brokuły, właśnie z tego powodu, że zawiera większą niż one ilość antyoksydantów.

 

Nic zatem dziwnego, że kapusta modra znalazła swoje miejsce w moim sercu i na moim stole. Wkrótce podzielę się z Wami kolejnymi przepisami :)

 

Pesto z modrej kapusty 2

Potrzebujemy

 

2 łyżki, lekko czubate, oleju kokosowego

700 g czerwonej kapusty (głąb usunięty), pokrojonej w kostkę o boku ok. 1 –2 cm

110 g orzechów brazylijskich

60 g moreli suszonych na słońcu

1 duży liść laurowy

1 łyżeczka ziaren kolendry

1 łyżeczka ziaren kminu rzymskiego

1 łyżeczka suszonych ziół prowansalskich lub suszonego tymianku

1 łyżeczka różowej soli himalajskiej

250 ml wody

180 ml świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego

¼ łyżeczki świeżo otartej skórki pomarańczowej

2 łyżki oleju z orzechów włoskich

2 czubate łyżki posiekanego szczypiorku dymki

1 łyżeczka sosu sojowego (opcja)

1 łyżeczka świeżo wyciśniętego soku z cytryny (opcja)

 

Kiedy wszystkie składniki są już przygotowane: zważone, odmierzone, rozdrobnione, możemy zacząć działać.

 

  1. Olej kokosowy rozgrzewamy w szerokim rondlu, na dużym ogniu, i wrzucamy pokrojoną w kostkę czerwoną kapustę, mieszając krótko podsmażamy i wrzucamy po kolei: orzechy, morele, liść laurowy, nasiona kolendry, nasiona kminu i zioła prowansalskie. Ponownie mieszając, krótko podsmażamy (ok. 1 – 2 minuty).

  2. Wlewamy wodę, wrzucamy sól himalajską, wlewamy sok pomarańczowy i dodajemy skórkę pomarańczową. Doprowadzamy do wrzenia, przykrywamy rondel, zmniejszamy ogień i na małym ogniu gotujemy przez 25 minut.

  3. Zdejmujemy pokrywkę i gotujemy jeszcze przez 5 minut, żeby część płynu wyparowała. Zestawiamy z ognia, odsączamy dokładnie na sicie (płynu z gotowania nie wylewamy, może on być dobrą bazą do różnych sosów – ma wspaniały smak) i studzimy przez 5 minut.

  4. Wrzucamy do pojemnika malaksera (można też inaczej zmiksować), dodajemy 2 łyżki oleju z orzechów włoskich, 2 łyżki szczypiorku. Ewentualnie można doprawić do smaku 1 łyżeczką dobrego gatunkowo sosu sojowego i 1 łyżeczką soku z cytryny. Miksujemy (niezbyt dokładnie), aż powstanie w miarę jednolita masa.

 

 

Uwagi

 

Jeśli chodzi o to pesto, ważne jest to, jak zmielimy składniki, ja nie robię tego zbyt dokładnie, lubię poczuć kawałki orzechów i od czasu do czasu lekko trzaskającą pod zębami kolendrę. Jeśli jednak wolicie bardziej gładką konsystencję, miksujcie dłużej i dodajcie zmieloną kolendrę oraz kmin rzymski.

 

Pesto z modrej kapusty jest wyjątkowo smaczne, może stanowić dodatek do makaronu lub stać się pyszną pastą na kanapki. Enjoy!

 

                                                                            Wasza,

                                                                                                             Mariola

 

P.S. Zapomniałam jeszcze dodać, że jeśli zachowacie zaproponowaną przeze mnie kolejność składników, otrzymacie potrawę przygotowaną  według Pięciu Przemian :)

.……………………………………………………………………………………..……………………………

Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka

ZdjęciaJacek Białołęcki; aranżacja potrawy i zdjęcia: Mariola Białołęcka

Zdjęcie Stupy Swayambhu pobrane z: ” Free Image via Photober.com

Copyright © 2015 by Jacek Białołęcki & Mariola Białołęcka | All Rights Reserved

 

Gryczanka

Czyli coś w rodzaju owsianki z kaszy gryczanej :)  Odprężające danie śniadaniowe pełne antyoksydantów. Nie zawiera glutenu, laktozy i białego cukru! 

 

Gryczanka

Gryka, z której wytwarza się kaszę gryczaną, to ciekawe zjawisko w świecie roślin. Nie przepadają za nią szkodniki, więc do jej uprawy zazwyczaj nie stosuje się środków ochrony roślin. Nie wymaga ona też intensywnego nawożenia mineralnego, ponieważ świetnie sobie sama radzi i potrafi dobrze wykorzystać substancje pokarmowe zawarte w glebie. Co więcej, gryka nieźle się szarogęsi, tak bardzo się rozrasta, że zagłusza wszystkie chwasty i w związku z tym do jej uprawy często nie stosuje się środków do zwalczania chwastów. Tak więc kasza gryczana zawiera mniej szkodliwych dla człowieka substancji, nawet wówczas, kiedy nie jest eko :) Jako ciekawostkę podam, że spożycie 100 g kaszy gryczanej zaspokaja dzienne zapotrzebowanie człowieka na niezbędne do życia aminokwasy egzogenne. Więcej informacji o gryce i kaszy gryczanej znajdziecie w mojej książce „Zaskakująca kasza & ryż”. Dowiecie się na przykład z kim kasza ta jest spokrewniona, co jest dość zaskakujące. W książce między innymi takie wymyślone przeze mnie potrawy, jak „Krakersy z kaszy gryczanej”, „Bolognese z kaszy gryczanej”, „Gryczane brownie” i „Babka z kaszy gryczanej”, jak się okazało, doceniane przez wiele osób :) 

Gdybyście byli zainteresowani, książkę można tu zamawiać :)

Okładka

 

Pudding

(„Pudding z kaszy gryczanej” z mojej książki „Zaskakująca kasza & ryż”)

Dzisiejszy przepis to jeden z tych przepisów, którego nie udało mi się już zmieścić w wyżej wymienionej książce. Zamiast niego dałam pieczony „Pudding z kaszy gryczanej” (na zdjęciu powyżej).  Na moim stole ta gryczanka pojawia się wiosną i latem w cudownie leniwe sobotnio-niedzielne poranki, ponieważ jest bardzo odprężająca. Polecam zwłaszcza w upały, jej składniki są lekko ochładzające i nie tylko ochłodzą nasze ciało, ale też wyciszą emocje :)

Składniki tego przepisu zostały tak pomyślane, żebyśmy mogli wzmocnić wątrobę teraz już dobrze oczyszczoną :) Gryczanka ma przyjemny, lekko gorzkawy posmak – tak jak lubię – a to dlatego że dodałam do niej surowe kakao i sok grapefruitowy. Wszystko to oczywiście nieprzypadkowo, gorzki smak, nawet tak delikatny jak tu, pomaga naszej wątrobie wyprodukować więcej żółci, dzięki czemu żadna komórka tłuszczowa i nigdzie! się nie odłoży :)  

Surowe kakao to jeden z cudownych składników tej gryczanki, jest ono uważane za super żywność, w skali ORAC (Oxygen Radical Absorbance Capacity) ma wysoką pozycję z następującymi wartościami: 55,653 μ mol TE/100g, co oznacza, że ma dużą zdolność do wychwytywania z naszego organizmu wolnych rodników – jest świetnym antyoksydantem i źródłem wiecznej młodości :)

Zapraszam na przepis!

 

GRYCZANKA

 

Rodzaj posiłku: śniadanie

Podajemy zświeżo wyciśniętym sokiem z różowego grapefruita, jogurtem z dobroczynnymi bakteriami, miodem, gruszką, świeżymi owocami sezonowymi, granatami, prażonymi chipsami kokosowymi, wiórkami kokosowymi raw, ewent. cukrem trzcinowym nierafinowanym, orzechami, migdałami.

Wegetariański: tak 

Wegański: tak, jeśli nie dodamy miodu

Bezglutenowy: tak 

Pięć Przemian: działanie chłodzące

Ilość porcji: 2 – 3 

 Gryczanka 2

200 g kaszy gryczanej niepalonej

500 ml gorącej wody

1 łyżka surowego kakao (lub zwykłego)

1 łyżka nasion chia (do kupienia w sklepach ze zdrową żywnością)

3 łyżki świeżo wyciśniętego soku z różowego grapefruita

500 ml mleka sojowego lub mleka z orzechów cashew

(ostatecznie może być mleko migdałowe)

 

 

Dodatki

Do gryczanki dodaję: świeżo wyciśnięty sok z różowego grapefruita, jogurt z dobroczynnymi bakteriami naturalny lub smakowy, czasami mleko roślinne i miód (wzmacnia jelita), gruszkę lub świeże owoce sezonowe razem z granatami, prażone chipsy kokosowe, wiórki kokosowe raw, czasami trochę cukru trzcinowego nierafinowanego, ewentualnie orzechy, migdały.

 

  1. Do garnka wlewam gorącą wodę, wrzucam kaszę gryczaną i surowe kakao. Zagotowuję pod przykryciem, odkrywam na 20 sekund, ponownie przykrywam garnek i gotuję na małym ogniu przez 20 minut. Odkrywam, odstawiam na bok na 5 minut, żeby trochę przestygła.
  2. Kiedy kasza się gotuje, do małej miseczki wsypuję nasiona chia i wlewam sok z grapefruita. Przez chwilę energicznie mieszam, żeby nasiona połączyły się dobrze z sokiem i zostawiam na 5 – 10 minut, żeby napęczniały. Powinny na koniec utworzyć coś w rodzaju galaretki.
  3. Wrzucam ugotowaną i przestudzoną kaszę do pojemnika malaksera (można też inaczej zmiksować, ale ważna jest tutaj kolejność, najpierw miksujemy samą kaszę, a potem dopiero dodajemy pozostałe składniki) i miksuję na gładko. Następnie dodaję 250 ml mleka, wrzucam namoczone chia, miksuję i wlewam resztę mleka. Ponownie miksuję, aż do uzyskania gładkiej emulsji. Gryczankę można nakładać od razu do miseczek lub po 10 – 15 minutach, wówczas będzie miała jeszcze bardziej budyniową konsystencję.

 

Na koniec nakładam pozostałe składniki… jest cudowna, jem, delektuję się i czuję, jak coraz bardziej się odprężam :)

 

                                                    With love,

                                                              Mariola

 

.…………………………………………………………………………………………………

Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka

ZdjęciaJacek Białołęcki; aranżacja potrawy i zdjęcia: Mariola Białołęcka

Copyright © 2014 by Jacek Białołęcki & Mariola Białołęcka | All Rights Reserved